Okiem mistrza: My się zimy nie boimy!

zobacz zdjęcia » Do zimowego biegania trzeba się odpowiednio przygotować
 źródło: Thinkstock
05-01-2017 | 22:45

Autor: Jerzy Skarżyński

– Problemem treningu zimowego dla biegaczy w Polsce nie jest ani mróz, ani śnieg po pas, ani oblodzona trasa, ale… logistyka – mówi Jerzy Skarżyński, maratończyk i trener.

Zima (wiosna, lato, jesień – niepotrzebne skreślić) to najpiękniejsza pora roku – znamy dobrze to hasło od szkoły podstawowej. Czy zima to najpiękniejsza pora roku dla biegaczy? Pod wieloma względami tak.

– To okres budowania fundamentu formy sportowej do zbliżającego się sezonu biegowego. Bez pracy nie ma kołaczy! Kołacze chcemy jeść wiosną, latem i jesienią – zima to (powinien być) okres wytężonej pracy, ładowania akumulatora;

– Chłód, zimno, a czasami trzaskający mróz to najlepsze narzędzia hartowania naszego organizmu, ale też budowania odporności mentalnej, tak potrzebnej długodystansowcom. Z drugiej strony to słodycze w porównaniu z letnim skwarem. Problemy na biegowych zawodach mają raczej organizatorzy imprez letnich niż zimowych. Odpuścisz, gdy mróz wzrośnie powyżej 10 stopni? To niezdrowe, niebezpieczne? Jasne, że biegacze początkujący mają takie obawy, ale jeden choćby sezon takich doświadczeń sprawia, że „my się zimy (mrozu) nie boimy”. Nie ma mrozu, który byłby powodem rezygnacji z treningu. Zawsze można wyjść na trening, ot – czasami trzeba go przenieść w rejony osłonięte od wiatru, gdzie siła działania mrozu jest ograniczona.;

– Śnieg – czasami po kolana – to niezastąpiony element wzmacniający naszą siłę. Jeśli migasz się od krosów, które wymuszają na nas siłowy charakter biegu, wtedy kopny śnieg wymusi na tobie popracowanie nad tym ważnym elementem;

– Szybko zapadające ciemności, albo egipskie ciemności dla tych trenujących rano to dzisiaj nie problem – czołówki skutecznie i bezboleśnie załatwiają sprawę.

 

 Śnieg i mróz kształtują siłę i charakter

 

Gdyby Kenijczycy trenowali zimą w Polsce...

Gdyby biegacze kenijscy od grudnia do lutego trenowali w Polsce rekord świata w maratonie mężczyzn na pewno wynosiłby już poniżej dwóch godzin! Dlaczego więc nikt nie chce się na to zdecydować, a Polacy – wyczynowcy – zimą szukają formy… w Kenii albo w południowej Portugalii, gdzie w spodenkach i bezrękawniku przemierzają „swoje” kilometry? W latach 80. ub. wieku, w okresie najwyższych lotów polskiego maratonu, trenowaliśmy tutaj, ale gdy była okazja „ucieczki” do „ciepłych krajów”, chętnie z tego korzystaliśmy. Wprawdzie była nim… Rumunia (ośrodek w Baile Felix koło Oradei), a nie Kenia, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma!

O co chodzi z tymi „ucieczkami”? Dlaczego trening w Polsce się „przejadał”, jeśli mieliśmy tu najlepsze – z punktu rozumienia rozwoju biegowego – warunki: kopny śnieg naturalnie budujący siłę biegową, czy trzaskający mróz hartujący nasz organizm? Odpowiedź jest trywialnie prosta:

– bo kopny śnieg podczas rozbiegań przydaje się od czasu do czasu, raz lub (najwyżej) dwa razy w tygodniu, a nie… codziennie;

– bo mróz w sytuacjach dziennych wahań temperatur – w ciągu dnia na plusie, w nocy na minusie (co staje się w pewnym okresie „tradycją”), powoduje że trasy biegowe zamieniają się w ślizgawki! I jak po tym biegać?! Jasne, są dzisiaj nakładki na buty z kolcami, które ułatwiają trening w takich warunkach, ale i tak bieganie w nich jest dość niebezpieczne, grozi urazem. Bieżnie mechaniczne? Jasne, jest taka możliwość i w takich sytuacjach dla wielu pewnie logiczna, ale taki „bieg” – w mojej ocenie – jest ledwie (kiepskim) substytutem naturalnego biegania w terenie, gdzie trzeba się… odbijać od podłoża.

– bo jeśli nasza pętla do realizowania intensywniejszych treningów (np. w drugim zakresie) jest na odsłoniętym terenie, wtedy nawet niezbyt silny wiatr powoduje, że nie da rady tam biegać. A jeśli zamiast okólnej pętli osłoniętej drzewami (krzewami) mamy opcję biegania odsłoniętą szosą „tam i z powrotem”, wtedy podczas silnego, a do tego mroźnego wiatru, można tylko krzyknąć: „Houston, mam problem!”. 

Problem to zimowa logistyka

Problemem treningu zimowego w Polsce – wbrew ocenom wielu biegaczy – nie jest ani mróz, ani śnieg po pas, ani oblodzona trasa, ale… logistyka. Trzeba być przygotowanym na takie warunki i w razie pojawienia się utrudnień należy wdrożyć plan B, na innych trasach, na których obejdziemy (obiegniemy) te niesprzyjające warunki.

 

 Jerzy Skarżyński zimy się nie boi

 

W planie jest 25-kilometrowa wycieczka biegowa, a leśna trasa nie nadaje się do biegania ze względu na lód? Trzeba wybrać wariant B – np. bieg po niezbyt uczęszczanej pobliskiej szosie. Można? Można, a nawet trzeba, bo sytuacja tego wymagała.

Czeka nas bieg w drugim zakresie, a treningowa pętla jest oblodzona? Dobrą opcją znów może okazać się (dobrze wymierzony) odcinek szosy. Plan B trzeba jednak wcześniej przygotować, a nie – jak drogowcy – każdego roku być zaskoczonym zimą – he, he!

Podobnie z siłą biegową. Jeśli mój podbieg jest śliski, to w tej sytuacji też robię ją na szosie. Można? Można! Wariant B mam przygotowany od lat.

Nasze wyjazdy do Rumunii (oba w lutym) były organizowane po to, byśmy po czarnych szosach mogli spokojnie zaliczać zaplanowane kilometry drugiego i trzeciego już zakresu, szlifując formę przed zbliżającymi się maratonami. Śnieg wprawdzie tam też jeszcze na poboczu leżał, ale… na szosach nie było prawie żadnego ruchu samochodowego, co miało dla nas duże znaczenie. No i po treningach mieliśmy kąpiele w wodach termalnych, co bardzo nam pomagało w szybszej regeneracji.

Masz podobne problemy? Pomyśl o wariancie B! Nie „zwalaj” trudności z realizacją zimowego planu treningowego na warunki. Trzeba być na to przygotowanym logistycznie. To też element mądrego treningu.   

Autor, Jerzy Skarżyński, jest maratończykiem (2:11:42), trenerem oraz autorem książek o bieganiu, więcej – www.skarzynski.pl