Na złość działaczom błysnęła w Berlinie

Więcej na temat:Berlin Marathon, Wanda Panfil
zobacz zdjęcia » BIEGNIJ WARSZAWO 2015
 fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Maciej Petruczenko 21-09-2017 | 19:40

Autor:

Trzydzieści lat temu drugie miejsce w Maratonie Berlińskim stało się początkiem wielkiej kariery Wandy Panfil.

Było to dokładnie 4 października 1987 roku. Mająca wtedy 28 lat zawodniczka Lechii Tomaszów Maz., jedna z czołowych biegaczek kraju na dystansach od 800 do 10 000 m, nieoczekiwanie zadebiutowała na trasie maratonu, zajmując w Berlinie 2. miejsce z czasem 2:32:01, co oznaczało rekord Polski, minimalnie lepszy od osiągniętego rok wcześniej w Dębnie przez Renatę Pentlinowską-Walendziak wyniku 2:32:30. Wanda Panfil przegrała wtedy w Berlinie tylko z reprezentantką RFN Kerstin Pressler (2:31:00), ale udało jej się wyprzedzić byłego rekordzistę Polski na 5000 m – 44-letniego Henryka Piotrowskiego.

Drugi dom w Meksyku

Tamten sukces Wandy wywołał w PZLA istne trzęsienie ziemi, co Wanda wspomina po latach ze śmiechem. – Uważali, że jestem już za stara i za gruba, żeby trenować  nadal na koszt związku i reprezentować Polskę w biegach na stadionie. Wcześniej przygotowywałam się do startu w mistrzostwach Europy na 10 km i jako minimum kwalifikacyjne wyznaczono mi zejście poniżej 33 minut. Warunek spełniłam, ale i tak mnie nie posłano, więc zdecydowałam się na desperacką woltę, przestawiając się na maraton. Do Berlina zabrałam się z grupą biegaczy z Łodzi, którzy na trasie zachęcili mnie, żebym pobiegła zdecydowanie szybciej od nich, no i w efekcie omal nie doścignęłam późniejszej zwyciężczyni. No cóż, nie miałam jeszcze rozeznania co do swoich możliwości w maratonie – opowiada pani Wanda, która spędziła aż 27 lat w Meksyku, skąd powróciła do Polski dopiero przed czterema laty.

Biegaczka nie pamięta, ile dostała premii od berlińskich organizatorów za zajęcie drugiego miejsca, ale ja akurat mam to dokładnie zanotowane. Nagroda wynosiła 7000 zachodnioniemieckich marek i były to wówczas znaczące pieniądze.

 

 Wanda Panfil wciąż jest w świetnej kondycji i można ją spotkać na wielu polskich biegach

 

– Przeznaczyłam je na sfinansowanie przygotowania maratońskiego w Meksyku – przypomina sobie bohaterka z Berlina, trenowana w tamtym okresie przez olsztyńskiego szkoleniowca Zbigniewa Ludwichowskiego. Trening w Ciudad de Mexico na wysokości blisko 2300 m nad poziomem morza przyniósł Wandzie wiele pożytku, jakkolwiek jej występ olimpijski w Seulu skończył się raptem na wywalczeniu 22. lokaty. Przy okazji poznała jednak meksykańskiego długodystansowca Mauricio Gonzaleza, za którego wyszła za mąż. Po paru latach ten związek wprawdzie się rozpadł, niemniej Meksyk stał się dla polskiej biegaczki drugim domem i znakomitym punktem wyjścia do poważnej kariery, której kulminacją okazał się maratoński triumf w mistrzostwach świata w Tokio (1991).

Obawy po tragedii

W Meksyku Wanda przemieniła się z zawodniczki w trenerkę i wychowała znakomitego maratończyka Jose Antonio Uribe (2:08:55). Wróciwszy do Polski nie kryje sceptycyzmu, jeśli chodzi o  ocenę wielkich wyników w światowym maratonie kobiecym. Uważa, że zostały osiągnięte z pomocą dopingu. Sama na prośbę prezydenta Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie jedną z ulic nazwano jej imieniem,  prowadzi grupę młodych biegaczy amatorów. – Obecnie bardzo się denerwuję z powodu tragedii, jaką okazało się trzęsienie ziemi w Meksyku. Pozostaję w kontakcie telefonicznym z moimi wychowankami w Ciudad de Mexico, gdzie sytuacja jest już naprawdę dramatyczna, a mieszkańcy obawiają się, że może być jeszcze gorzej, jeśli wybuchnie odległy zaledwie o kilkadziesiąt  kilometrów wulkan Popocatepetl, czyli popularny „El Popo” – zwierza się sławna biegaczka, która w niedzielę z ciekawością obejrzy w telewizji tegoroczny Maraton Berliński. Kiedyś okazał się dla niej wrotami do raju.