Na Kasprowy Wierch w Pałacu Kultury

zobacz zdjęcia » Bieganie po schodach staje się coraz popularniejsze
 /  fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Jakub Radomski 07-01-2016 | 17:56

Autor:

Biegać można na różne sposoby. Nasz dziennikarz Jakub Radomski spróbował swych sił w bieganiu po schodach. Oto jego relacja z niecodziennego treningu.

Już po kilkudziesięciu sekundach zrozumiałem, że jestem kretynem. Człowiekiem, który przez brak doświadczenia zachował się jak totalny amator. „A co tam. Od początku puszczę się biegiem i zobaczę, na którym piętrze padnę” – myślę sobie i gdy tylko dostajemy zgodę na start. Tak też robię. Padłem koło dziesiątego. Poczułem mocny ból w ścięgnach. Wtedy zrozumiałem, że bieganie po schodach to specyficzny typ treningu, do którego trzeba podejść z pokorą. Później dowiem się, że tak naprawdę po schodach nie warto biec. Lepiej postawić na długotrwały wysiłek i równe tempo.
Kinoteka, Teatr 6. Piętro, taras widokowy – to były jak dotąd moje główne skojarzenia z Pałacem Kultury i Nauki. Jako że zawsze interesowałem się kinem, kojarzył mi się też ze świetną sceną z „Kilera”, w której Siara bierze od Lipskiego zdjęcia budynku, ogląda je, po czym komentuje: „Mają rozmach, skur...”. Ewentualnie z Agatą Buzek, która w genialnej, końcowej scenie „Rewersu” zapala przy nim świeczkę nad prochami swojego ojca, a po chwili rozlega się piosenka, do której mam sentyment „Don’t let me be misunderstood”. Ale żeby w pałacu można było legalnie przeprowadzić trening biegowy, który w dodatku jest znakomitą imitacją chodzenia po górach? Że w ciągu godziny i piętnastu minut można tam pokonać (w pionie!) ponad tysiąc metrów? A przy okazji poznać bardzo ciekawych ludzi? O tym przekonałem się biorąc udział w treningu grupy „Biegamy po schodach”.

 

 Marriott Everest Run można zaliczyć w budynku po prawej stronie, a potrenować w Pałacu Kultury i hotelu Intercontinental (po lewej)

 

Mocne towarzystwo

Zasady nie należą do skomplikowanych. Przed 19.00 wszyscy gromadzą się blisko wejścia głównego do budynku, na poziomie -1. Od razu wiem, że otaczający mnie ludzie przyszli na trening, a nie na jedną ze sztuk wystawianych przez 6. Piętro. Sportowe sylwetki, plecaki, koszulki z On The Run, Biegnij Warszawo, Biegu Niepodległości i Biegu Rzeźnika. – Przychodzą tu głównie ludzie, którzy startują w długich i trudnych biegach górskich. Mocne towarzystwo – tłumaczył mi dzień wcześniej kolega, Marcin, który tak naprawdę zachęcił mnie do wzięcia udziału w treningu.

Na początek krótka odprawa, głównie dla tych, którzy są po raz pierwszy. Jest nas w końcu 59, z czego aż siedmiu debiutantów. Wchodzimy maksymalnie na 27. piętro, gdzie trzeba skręcić w lewo, przejść do przeszklonej części i tam znajduje się sześć wind, którymi zjeżdżamy na dół. Zaczynamy o 19.15, a do godziny 21.30 wszyscy muszą być już poza obiektem. Na sam trening są więc maksymalnie dwie godziny. Kto kończy, wpisuje na listę przy swoim nazwisku, ilu dokonał wejść. Na 6. i 15. piętrze trzeba przejść krótki odcinek po płaskim, bo dalsze schody znajdują się w innym miejscu, ale później okazuje się, że tak naprawdę ciężko tam się zgubić. I jeszcze jedno – nie krzyczymy, bo jesteśmy tu tylko gośćmi.
Po pierwszym wejściu, które odbyłem w chaotycznym i nierównym tempie, drugie pokonuję z Michałem Janasem, który jest organizatorem treningów. Michał tłumaczy mi podstawy podstaw. Idziemy bardzo wolno, wyprzedzani przez innych, ciągle rozmawiając. – Zachowałeś się jak typowyu nowicjusz. Przy takim treningu nie robi się specjalnej rozgrzewki, można się tylko porozciągać przez i po zajęciach. Najlepszą rozgrzewką jest pierwsze wejście, czy nawet dwa, w bardzo wolnym tempie. Tak jak my teraz. Później hulaj dusza. Możesz dać sobie w kość, ale nie radzę biec. Najlepiej narzucić sobie równy, mocny rytm i wchodzić co dwa stopnie, trzymając się poręczy – tłumaczy Michał.

 

 Kuba Radomski na początku zachowywał się jak typowy nowicjusz

 

Zjazd windą trwa chwilę

Od trzeciego wejścia tak właśnie robię. Zrobię pięć wejść. Podobno to nieźle jak na debiutanta – zakładam sobie, ale po piątym czuję się zadziwiająco dobrze. Czuję, że złapałem swój rytm. Wspinając się, wyprzedzam więcej ludzi (grzecznie zostawiają miejsce po wewnętrznej) niż wyprzedza mnie. Mój podziw wzbudza dwóch facetów, którzy, praktycznie bez odpoczynku, zaliczają kolejne wejścia, ubrani w ciepłe bluzy, górskie buty i mając na sobie zapewne wyładowane plecaki. Gdy zaczynam ciężko oddychać, patrzę przed siebie i widzę, że to już 24. piętro. Spokojnie, dam radę. Utrzymam to tempo. Na górze na nogach, które po kolejnych wejściach stają się coraz bardziej miękkie, idę do windy. Przyjeżdża praktycznie po chwili. Do jednej wsiada najczęściej pięć, sześć osób. Na początku ludzie rozmawiają – o pracy, o sporcie – później zaczyna dominować krótkie pytanie: „Ile już masz?” i odpowiedzi: „Pięć, sześć, siedem”, a pod koniec winda staje się miejscem, w którym grupa ludzi przez kilkadziesiąt sekund bierze tylko głębokie oddechy. Zjazd trwa chwilę, ale mnie to wystarcza. Czuję się dobrze. Winda się otwiera. Jesteśmy na dole (już?) i stąd tylko kilkanaście kroków dzieli nas od miejsca, gdzie leżą nasze rzeczy, pilnowane przez ochronę i prowadzącego trening, i gdzie zaczyna się kolejne wejście. Kilka łyków napoju izotonicznego, kilka oddechów i ruszam dalej. Wkręciłem się. Już wiem, że będę tu częściej zaglądał.
Jednak nie wszyscy zjeżdżają windą. Kilka razy, wchodząc, natykam się na chudego chłopaka w okularach, który po schodach zbiega. To Remek. O treningach dowiedział się od koleżanki. Na początku był sceptyczny, ale już po pierwszym treningu bardzo mu się spodobało. – Ludzie mówią, że lepiej zjeżdżać windą, bo zbieganie niszczy kolana, ale nie zgadzam się z tym. Dla mnie i wchodzenie i zbieganie to świetna imitacja biegów górskich, do których się przygotowuję, a Warszawa jest niestety płaska jak stół i tylko tutaj, raz w tygodniu, mam okazję zrobić tak wartościowy trening – mówi Remek.
Wśród kobiet, biorących udział w treningu, uwagę zwraca Kamila. Wyróżnia się tatuażami na rękach i zadziornością na twarzy. Przyszła, bo namówił ją kolega, Tomek.
Kama: – Prawie od roku śledziłam tę stronę na Facebooku, ale nikogo nie znałam i bałam się przyjść.
Tomek: – Byłem raz na treningu i zacząłem namawiać Kamę. Teraz jesteśmy pochłonięci ideą wzięcia udziału w Marriott Everest Run.
Kama: – Spojrzeliśmy ostatnio na siebie z Tomaszem i stwierdziliśmy, że to szalony pomysł, ale musimy to zrobić. Do odważnych świat należy. Trening bardzo mi się podobał. Jest świetna atmosfera, poza tym to coś zupełnie innego niż bieg w terenie. Tylko na początku, przy którymś wejściu czułam się jak chomik zamknięty w klatce, ale to minęło. Zrobiłam dziesięć wejść.

 

 Regularne treningi na schodach w Warszawie odbywają się od kwietnia 2013 roku

 

Na początku byli strażacy

Tomek zrobił osiem, ale nie ma tej zrozpaczonej miny Jerzego Stuhra, padającego na ziemię i mówiącego w „Seksmisji”: „Kobieta mnie bije…”. Marriott Everest Run to impreza, która już 6–7 lutego odbędzie się w wiadomym warszawskim hotelu. Idea biegu jest genialna w swojej prostocie. Uczestnicy nie muszę lecieć w Himalaje, by zdobyć Mount Everest. Jeśli uda im się 65 razy wdrapać się na 42. piętro wieżowca (mają na to dobę, którą mogą wykorzystywać, jak chcą), pokonają w pionie 8848 metrów, a tyle właśnie mierzy najwyższa góra świata.
– W styczniu ubiegłego roku, gdy Everest Run odbywał się po raz pierwszy, zastanawialiśmy się, czy taki wyczyn jest w ogóle realny. Wystartowało 200 osób i 68, czyli mniej więcej jedna trzecia, dało jednak radę. Mało tego, 18 osobom tak się spodobało, że postanowili pójść dalej. Jedna z nich zrobiła 94 wejścia. Przeliczyliśmy to i wyszło nam, że na pewno przekroczył Rów Mariański – mówi mi Michał Janas. Fundacja Wsparcia Ratownictwa RK, której jest dyrektorem, organizuje też te zawody.
Treningów w Pałacu Kultury i Nauki (odbywają się też w Marriotcie i Intercontinentalu) prawdopodobnie by dzisiaj nie było, gdyby kiedyś nie odbywały się tam biegi strażaków na 30. piętro. Janas jako medyk zabezpieczał tamte imprezy. Gdy przestano je organizować, po pewnym czasie odezwali się do niego znajomi. „Michał, tak było fajnie , więc może byśmy teraz treningowo pobiegali po schodach?” – zaproponowali. – To było ponad dwa lata temu, na wiosnę. Otrzymaliśmy zgodę i zaczęliśmy to robić. Od kwietnia do listopada 2013 roku odbyły się trzy treningi, na które przyszło od czterech do ośmiu osób. W grudniu patrzę, a tu jest 12 osób i ośmiu z nich nie znam. Znajomi znajomych. I mówią mi, że to super treningi i oni chcą tak regularnie biegać. Dlatego założyliśmy grupę na Facebooku i treningi są teraz co tydzień – opowiada dyrektor Fundacji Wsparcia Ratownictwa RK.
Grupa (znajdziecie ją pod nazwą „Biegamy po schodach”) liczy już 1928 członków. Michał już dzień później wrzucił na niej post ze statystykami naszego treningu. Wyglądają tak:
59 osób (w tym 7 nowych)
13 754 pięter łącznie
233,1 piętra na osobę
8,97 wejścia na osobę – to rekord
Sam zrobiłem dziesięć wejść, choć dwa ostatnie, zwłaszcza pod koniec, były już w trochę wolniejszym tempie. Uczestnicy treningu, wyposażeni w specjalny sprzęt, mówią mi, że jedno to mniej więcej 105 metrów w pionie do góry. Wychodzi więc na to, że w niewiele ponad godzinę pokonałem około 1050 metrów. Ponad kilometr do góry. To mniej więcej tak, jakbym z Kuźnic wszedł zielonym szlakiem na Kasprowy Wierch, robiąc po drodze dziesięć minutowych przerw. A wszystko to w Warszawie, gdzie na zewnątrz możesz zdobyć na nogach co najwyżej Górkę Kazurkę, nazwaną przez rowerzystów Monte Kazura. Zawsze mnie bawiła ta nazwa…