Mo Farah – oczekiwana zmiana miejsc

zobacz zdjęcia » Mohamed Farah
 źródło: AFP
Maciej Petruczenko 20-08-2017 | 23:36

Autor:

Brytyjski król biegów długodystansowych odlicza już dni, kiedy definitywnie rozstanie się z bieżnią. Na razie po raz ostatni w akcji oglądali go na żywo rodacy na Wyspach.

Występem na dystansie 3000 metrów w Diamentowej Lidze w Birmingham ten najskuteczniejszy od czasów legendarnego Fina Paavo Nurmiego biegacz pożegnał się raz na zawsze z owalem tartanu w Wielkiej Brytanii (z zagranicznymi fanami pożegna się biegnąc na 5000 m cztery dni później w Zurychu) i zapowiedział kontynuowanie kariery już tylko w gonitwach ulicznych, co będzie przede wszystkim oznaczać starty w maratonie. Biegi po asfalcie to było coś, co od dawna czekało na Faraha i można nawet powiedzieć, że skoro przez 21 lat góra nie chciała przyjść do Mahometa, to w końcu Mahomet musiał sam podejść do góry.

Usain Bolt długich dystansów

Jeśli się spojrzy na bilans dotychczasowych osiągnięć  chudzielca rodem z Somalii, wychowanego w Dżibuti, a wykształconego w Londynie, można dostać zawrotu głowy. Był on przecież odpowiednikiem sprintera Usaina Bolta na długich dystansach. Bolt wygrywał seryjnie stumetrówki i dwustumetrówki w rywalizacji o tytuły globalne, Mo zaś dokonywał tego samego w biegach na 5000 i 10 000 metrów. I nawet zakończył karierę na bieżni efektownej od Jamajczyka, bo w niedawnych mistrzostwach świata w Londynie zdobył srebro na tym pierwszym i złoto na drugim dystansie, podczas gdy Bolt musiał zadowolić się zaledwie brązem na setkę. Wespół w zespół obaj solidnie zapracowali na wzbogacenie swego brytyjskiego menedżera Ricky’ego Simmsa, który zresztą będzie ich nadal prowadzić po ścieżkach – bardziej już biznesowej niż sportowej kariery.

 

Mo Farah zakończył tegoroczne mistrzostwa świata z dwoma medalami – złotym i srebrnym

 

Nie ulega wątpliwości, że ogłoszona przez Faraha decyzja, iż po zakończeniu ery „Mo” nastąpi era „Mohameda”, ma przede wszystkim podtekst reklamowy, żeby po prostu już jako biegacz uliczny kreował on niejako nową markę. Z drugiej strony jednak Farah dołączy do wielkiej gromady Mohamedów, jakich mamy w rywalizacji długodystansowej bez liku. Jako „Mo” pozostawał kimś, kogo postać i imię łatwo można było zapamiętać. Jako Mohamed – będzie już tylko jednym z wielu. Niektórzy więc odbierają owo postanowienie znakomitego biegacza jako swego rodzaju manifestację wyznaniową. Czterokrotny mistrz olimpijski jest bowiem zagorzałym muzułmaninem i nie ukrywa, że – o ile to możliwe – stara się modlić pięć razy dziennie.  Wyjaśnia też, że jego niezwykłe uzdolnienia to tylko dar od Boga i że bez boskiej pomocy sam by do tak oszołamiających sukcesów nie doszedł.

Ze wsparciem Salazara

Tymczasem już od lat paru wielkie dzienniki londyńskie, a także uchodząca za wzór obiektywizmu BBC – bezustannie stawiają tego najlepszego lekkoatletę brytyjskiego w świetle podejrzeń o doping. A dzieje się tak, ponieważ „Mobot” (robot bieżni) przeniósł się z Londynu do Portland, gdzie pod dyrekcją sławnego coacha Alberto Salazara realizuje się finansowany przez Nike – Projekt Oregon, mający przede wszystkim doprowadzić długodystansowców USA do poziomu najlepszych Afrykanów. Farah, jako ciało obce,  bierze udział w tym Projekcie niejako na doczepkę, tyle że – chcąc nie chcąc – stał się w tym nowatorskim programie treningowym postacią numer jeden. 

Dopingowy swąd zaczął się rozchodzić wokół Projektu Oregon, gdy sporo czołowych długodystansowców amerykańskich, w tym Kara Goucher, zbuntowało się przeciwko Salzarowi, opuszczając jego „stajnię”, przy czym sama Kara oskarżyła tego Kubańczyka z pochodzenia o namawianie do stosowania niedozwolonego i szkodliwego dla zdrowia dopingu. Agencja Antydopingowa USA (USADA) wciąż prowadzi w tej sprawie dochodzenie, jakkolwiek nikt jeszcze nie postawił oficjalnych zarzutów ani Salazarowi, ani jego dwu głównym pupilom – Farahowi i Amerykaninowi Galenowi Ruppowi, który na igrzyskach olimpijskich 2012 w Londynie przybiegł do mety 10 000 metrów jako drugi za Mo. Niemniej, trudno powiedzieć, że Farah utrzymuje nadal nienaganną opinię. Tym bardziej, że miał już wpadki z unikaniem kontroli antydopingowej, a hakerzy z grupy Fancy Bears wyczaili, iż w pewnym momencie paszport biologiczny Somalijczyka w służbie królestwa Wielkiej Brytanii zaczął wyraźnie wskazywać na wspomaganie się niedozwolonym sposobem.

 

 

Czterokrotny mistrz olimpijski postanowił, że 24 sierpnia w Zurychu po raz ostatni pobiegnie na bieżni 

 

No cóż,  na wszystkie zarzuty najlepszy długodystansowiec ostatnich lat odpowiada ze łzami w oczach: czego ode mnie chcecie, jestem czysty, dlaczego usiłujecie zbrukać moje dokonania, na które uczciwie zapracowałem. W tym tonie Mo wypowiadał się chociażby podczas finalnej konferencji prasowej na londyńskich mistrzostwach świata, podkreślając, że jest najczęściej kontrolowanym długodystansowcem na kuli ziemskiej. Znawcy tematu twierdzą jednak, że nic nie bierze się z niczego. Do 2009 roku Farah był tylko czołowym biegaczem europejskim, który wprawdzie stawał na podium, ale nie sięgał po tytuły. I nagle – od 2010 – stał się długodystansowcem niezwyciężonym, co nasuwa od razu skojarzenia z kolarzem USA Lance’m Armstrongiem. Tym bardziej, że akurat temu sportowcowi trenujący Faraha Salazar osobiście zachwalał odpowiednie środki (e-maile z taką treścią są w posiadaniu USADA).

Szlachectwo zobowiązuje

Można przypuszczać, że mimo po części nadszarpniętej reputacji Mo (już jako Mohamed) będzie bez problemu kontynuować karierę i – być może – zwyciężać w maratonie, w którym przecież zdążył już całkiem udanie zadebiutować. Z całą pewnością do historii lekkoatletyki przejdzie jego niebywała seria zwycięskich dubletów na 5000 i 10 000 metrów. Królowa Elżbieta II nie na darmo nadała somalijskiemu imigrantowi tytuł szlachecki, więc na jakąkolwiek prośbę z jego strony należy grzecznie wyrażać zgodę słowami: Yes, Sir.  I tylko w globalnych plebiscytach Farah nie miał szczęścia, bo jeśli już ogłaszano zwycięzcą lekkoatletę, to zawsze był nim Usain Bolt. Na szczęście, Mo wcale się tym nie przejmował, a ukojenie wszelkich zgryzot znajdował w objęciach rodziny: żony Tani, synka Husseina, bliźniaczek Aishy i Aman oraz pasierbicy – Rihanny.

Na koniec więc warto jednak docenić  sukcesy Faraha, dokonując takiego oto porównania: w roku 1958 wygranie przez naszego długodystansowca Zdzisława Krzyszkowiaka biegów na 5000 i 10 000 m na Mistrzostwach Europy w Sztokholmie dało mu miano najlepszego sportowca świata w plebiscycie Polskiej Agencji Prasowej. A przecież „Mobot” dokonał więcej nie tylko od „Krzysia”, przewyższając liczbą seryjnych zwycięstw i Wielkiego Niemowę – Nurmiego, i Czeską Lokomotywę – Emila Zatopka, i Cesarza Biegów Długich – Hailego Gebrselassiego. No i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.