Długodystansowy bieg z przeszkodami

Więcej na temat:Zbigniew Rolbiecki, bieganie
zobacz zdjęcia » Adam Kszczot
 fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
28-04-2017 | 22:25

Autor: Tomasz Łyżwiński

Na rozegranych w ostatni weekend mistrzostwach Polski w maratonie poziom był taki, że trzecie miejsce zajął amator (nie dostał medalu, bo... jest amatorem). W najbliższy weekend o maratońską kwalifikację na MŚ będzie walczył biegacz, który w Rio miał gorszy czas niż najlepsza Polka. To tylko kilka paradoksów polskiego biegania długodystansowego z którymi próbuje się mierzyć PZLA. Na razie wychodzi to średnio.

W polskich biegach długodystansowych rozgrywanych na stadionie można mówić o spalonej ziemi. Przykładami, które wyjaśniają wszystko są krajowe męskie rekordy na 5000 i 10000 metrów. Pierwszy – 13.17,69 – został ustanowiony przez Bronisława Malinowskiego w Sztokholmie... 41 lat temu, drugi – 27.53,61 – przez Jerzego Kowola w Pradze 39 lat temu. U kobiet w ostatnim czasie (4 lata temu) tylko Karolina Nadolska (Jarzyńska) zapisała się na liście rekordzistek (10000 m – 31.43,51). Na dystansie o połowę krótszym najlepszy wynik (15.04,88) ustanowiła Lidia Chojecka-Leandro przed 15 laty.

Na ulicy łatwiej zarobić pieniądze

Na razie kandydatów do poprawiania tych rekordów nie widać, a patrząc na wydarzenia na krajowym podwórku, można dojść do wniosku, że sprawa z biegami długodystansowymi ma się coraz gorzej. Polski Związek Lekkiej Atletyki próbuje szukać rozwiązań, ale póki co złotego środka nie znalazł.

– Dwa lata temu zaczęliśmy wdrażanie programu mającego na celu zatrzymanie młodych długodystansowców w rywalizacji stadionowej na dłużej. Do tej pory standardem było, że jeśli ktoś się wyróżniał, to szybko przechodził do biegania na ulicy, bo tam łatwiej zarobić pieniądze. Zapewniamy młodym kadrowiczom, aż do wieku młodzieżowca (21 lat-red.) po sześć zgrupowań treningowych w kraju, pod warunkiem, że nie będą oni, aż do września, startować w biegach ulicznych. Liczymy, że będzie to dla nich jakaś motywacja, by rozwijać swe zdolności startując na bieżni – mówi szef pionu biegów wytrzymałościowych PZLA Zbigniew Rolbiecki.

Ta strategia, jeśli przyniesie jakieś efekty, to najwcześniej za kilka lat. Obecnie nie ma zawodnika młodego pokolenia, który byłby w stanie nawiązać walkę z bardzo szeroko pojętą światową czołówką. Działacze nie wierzą też chyba w możliwości seniorów, bo kiedy olimpijka z Rio (maraton) Iwona Bernardelli zadeklarowała, że chce się przygotowywać do startu w sierpniowych mistrzostwach świata w Londynie na dystansie 10000 metrów, to nie spotkało się to z zainteresowaniem przedstawicieli PZLA.

Kobieta bije maratończyków

Jeszcze większe zamieszanie panuje w przypadku maratonu. Związek nie finansuje polskiej czołówki, chyba że ktoś zadeklaruje przygotowania do imprezy mistrzowskiej (ME, MŚ). Dla zawodnika to trudny wybór, bo na takich zawodach jego szanse w konfrontacji z Afrykańczykami są niewielkie. Miejsce poza pierwszą ósemką oznacza, że nie będzie miał on stypendium, ani nie zarobi pieniędzy na przygotowania do kolejnych startów. Wielu biegaczy woli więc start w komercyjnych maratonach. Taka decyzja to dla działaczy automatyczny sygnał do odcięcia zawodnika od funduszy w centrali. I koło się zamyka.

Imprezą komercyjną nie są też maratońskie mistrzostwa Polski, dlatego dość groteskowo wyglądał w niedzielę krajowy czempionat rozgrywany w ramach Orlen Warsaw Marathonu. Trzecim Polakiem na mecie był amator Andrzej Witek. Oczywiście medalu nie dostał, bo nie spełniał wymogów regulaminowych (brak licencji). Za to maratończyk, któremu przypadł w udziale brąz, ukończył bieg w czasie gorszym niż... najlepsza na mecie Polka – druga w klasyfikacji kobiet Izabela Trzaskalska.

 

Andrzej Witek jako trzeci z Polaków minął linię mety Orlen Warsaw Marathonu 2017, ale w klasyfikacji mistrzostw Polski nie został uwzględniony, bo nie ma licencji PZLA

 

– W tym wypadku wiele mogłoby zmienić wprowadzenie nagród finansowych, ale związek nie wyłoży na to pieniędzy. W podobnych realiach rozgrywane są m.in mistrzostwa kraju w chodzie i jeszcze kilka innych. Wszyscy chcieliby podobnego wsparcia. Być może porozmawiamy z organizatorami Orlen Marathonu, aby wyłożyli jakieś pieniądze na tę klasyfikację. Wiadomo, że kwoty nie skusiłyby tych najlepszych zawodników, ale może miałyby wpływ na wyższy poziom tej rywalizacji – mówi Zbigniew Rolbiecki.

Shegumo – przypadek szczególny

Włodarze PZLA nie są do końca konsekwentni w swych działaniach, bo jednej strony bardzo zasłaniają się restrykcyjnymi przepisami w dzieleniu kasy otrzymanej z ministerstwa sportu, a z drugiej strony wydają ją lekką ręką.

Już drugi rok związek finansuje przygotowania Yareda Shegumo, choć ten ostatni znaczący sukces odniósł 3 lata temu (wicemistrzostwo Europy w maratonie w Zurychu). Kolejne jego osiągnięcia też stoją pod dużym znakiem zapytania, bo nawet jeśli Polak z etiopskimi korzeniami zdobędzie w najbliższą niedzielę w Dusseldorfie minimum PZLA na mistrzostwa świata (2:11.15), to na przygotowania do startu w Londynie zostanie mu niewiele ponad 3 miesiące. Po odliczeniu czasu na regenerację po pierwszym biegu i niezbędny odpoczynek przed drugim biegiem – to niewiele ponad 2 miesiące na trening. Nigdy w historii maratonu żaden zawodnik nie odniósł sukcesu mając tak mało czasu na przygotowania. W PZLA nie budzi to jednak specjalnych obaw.

– Takie rozwiązanie nie stoi w sprzeczności z teoriami treningowymi. Poza tym termin zdobywania minimum jest do końca kwietnia, więc wszystko jest zgodnie z zasadami i nie można nikomu nic zarzucić – mówi Zbigniew Rolbiecki.

Shegumo, podobnie jak przed rokiem, przygotowywał się do sezonu w swojej starej ojczyźnie (trener został w Polsce). Poprzednim razem operacja skończyła się klapą – na skutek zamieszania w podróży, Yared dotarł na igrzyska w Rio w ostatniej chwili, ambitnie wystartował, ale przybiegł z tyłu, a lepszy wynik od niego uzyskała... Iwona Bernardelli.

Yared Shegumo może cieszyć się specjalnymi względami, bo jest wicemistrzem Europy, poza tym jego trenerem jest Janusz Wąsowski – fachowiec najwyższej klasy z ogromnym doświadczeniem. Ale czy to wystarczy do sukcesu? Być może, w tym wypadku, obie strony grają va banque, bo gdyby w Londynie udało się powtórzyć wyczyn z Zurychu, to można by oficjalnie ogłosić, że polskie biegi długodystansowe mają się... bardzo dobrze.

 

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~Kiedyś prezesUżytkownik anonimowy
~Kiedyś prezes :
No photo~Kiedyś prezesUżytkownik anonimowy
Prezesi dzielą Polaków , w tym przypadku biegaczy . Kolega , mogę chyba tak napisać, bo też jestem jakimś biegaczem, Andrzej nie jest z Marsa. Jak to podsumowuję żenada, skandal, obciach ..... Z własnego podwórka to wiem, Rekordzistka świata mieszka pod Warszawą , a reprezentuje AZS Katowice, musi gdyż klub lokalny nie ma licencji, bo pewnie ,by nie mogła pobiec w mistrzostwach, a z kolei u niej "na wsi" samorząd nie widzi jej, albo ostatnio z wielkim trudem, przy tzw. rozdziale splendorów sportowych. Jakaś paranoja. Może redakcja zaprosi kogoś z PZLA i niech objaśni o co w tym chodzi i jak w razie co to załatwiać.
3 maja 18:52
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza: