Od alkoholizmu do radnego i rekordzisty Guinnessa. Historia biegacza

zobacz zdjęcia » Ryszard Kałaczyński
 fot. Tytus Żmijewski  /  źródło: PAP
01-04-2017 | 01:14

Autor: Filip Cieśliński

W sportowym dorobku ma parę niesamowitych dokonań. Biegał m.in. maratony każdego kolejnego dnia przez rok. Ryszard Kałaczyński pozbierał się mimo że przez niemal połowę z 57 lat życia, przegrywał walkę z wyniszczającym nałogiem. Teraz swoją historię opowiedział w książce „Wytrwać w biegu” napisanej z Rachelą Berkowską.

Filip Cieśliński: Czym jest dla pana ta książka?

Ryszard Kałaczyński: Zaskoczeniem.

Teraz to pan zaskakuje. Co pan ma na myśli?

Ryszard Kałaczyński: Jestem zaskoczony, że chłop ze wsi może wydać książkę. Nie śniło mi się, że ktoś wyciągnie rękę i zaproponuje, że napisze ze mną książkę. No bo ja, to za głupi jestem, żeby samemu takie coś zrobić.

Książka, a do tego kariera polityczna się szykuje...

Ryszard Kałaczyński: Nie, do wielkiej, poważnej polityki mnie nie ciągnie. Lubię sobie tak lokalnie politykować, jako radny, może w przyszłości sołtys. Od kariery politycznej zdecydowanie wolę po prostu wytrwać w biegu. 

To, że pana historia trafia teraz do księgarń traktuje pan jako dowód, że było warto?

Ryszard Kałaczyński: Ja zawsze byłem taki, żeby robiąc coś dla siebie, pomóc też drugiemu człowiekowi. To tkwi w każdym z nas, tylko nie wszyscy potrafią to znaleźć. Nie ma ludzi wyłącznie złych. Mamy w sobie i dobro i zło. Trzeba je położyć na równoważni i pokazać właściwą drogę. To staram się robić w swojej Wituni i to traktuję jako największy dowód, że stawianie sobie wszystkich tych kolejnych wyzwań ma sens. Fajnie, że teraz powstała książka i została opisana w niej ta moja droga. Wielu ludzi przechodziło jednak bardzo podobną, tylko po prostu nie mieli okazji, żeby opowiedzieć o niej światu.

Jest pan niesamowicie skromny. Przesadnie. Musi pan mieć świadomość, że ta historia jest całkowicie unikalna, wyjątkowa...

Ryszard Kałaczyński: Wiem, że zrobiłem dużą rzecz. Zagrałem na nosie na przykład tym wszystkim specjalistom, którzy wypisują, że dwa maratony rocznie to jest optymalne obciążenie dla organizmu, nie więcej. Tylko ci eksperci jakoś zapominają, że jak sportowcy wyjeżdżają w góry, to na samych treningach robią maraton. Rano dwadzieścia, wieczorem dwadzieścia, interwały i tak dalej. Pokazałem, że można codziennie biegać maraton i czuć się z tym dobrze. Nie ścigając się oczywiście z rekordami czasowymi, zachowując zdrowy rozsądek.

Bo w tym projekcie paradoksalnie chodziło o czerpanie radości z tego codziennego biegania. Co sprawiło panu najwięcej radości?

Ryszard Kałaczyński: Chyba to, że właściwie od samego początku pojawiało się na trasie bardzo dużo kobiet. I to takich, których bym nigdy o to nie podejrzewał. Z każdym tygodniem, miesiącem ta liczba rosła. Nagle patrzę, a tu przychodzi mi piętnaście kobiet i ze mną startuje. Najpierw na kółko, potem na dwa, a po jakimś czasie zostawały na półmaraton czy nawet cały dystans. Myślałem, że to niesamowite, że wyszły z domów, tak się otworzyły i pokazały, że nie ma rzeczy niemożliwych. Skrzykiwały się na Facebooku, przyjeżdżały na ostatnie kółka, biegały ze mną żeby mi pomóc i czułem to wsparcie. W rzeczywistości najbardziej pomagały chyba jednak sobie i to było pięknie. Początkowo chciały schudnąć, lepiej wyglądać. Potem były już bardziej sportowe przesłanki – jakiś tam dystans, wreszcie maraton. Teraz od nas z Więcborka, to na maraton poznański cały autobus pojechał. To samo na Maraton Warszawski. Głównie właśnie kobiety.

No i właśnie podczas maratońskiego wyzwania poznał pan swoją obecną partnerkę...

Ryszard Kałaczyński: Tak wyszło. Sylwia pracowała w kwiaciarni w Więcborku, tam ją czasem spotykałem. Przyjeżdżała też do mnie biegać. Z całą rodziną – tatą, siostrą, szwagrem. Pomagałem jej w pokonywaniu kolejnych barier, wreszcie w przebiegnięciu maratonu. No i pewnego razu jak tak głęboko mi w oczy spojrzała, to się zakochała. I ja w niej też. Teraz mamy już maleńką córeczkę Zosię.

Wychodzi na to, że bieganie całkowicie zmieniło pana życie. W książce pięknie opowiada pan o tym, że przyklejoną do siebie łatkę alkoholika przykrył pan tą z napisem: „mistrz”. Nałóg otrzymał pan w genach? Alkoholizm to choroba na którą był pan skazany?

Ryszard Kałaczyński: Alkoholizmu wtedy nie traktowano w ogóle jako chorobę. U mnie w Wituni wszyscy pili. Ojciec się zapił. Jak on pił, to pół wioski z nim piło. Tam chętnych nigdy nie brakowało. Nikt nie mówił o tym jak o chorobie. Szybko przyklejano łatkę, że pijak, alkoholik i koniec dyskusji. Wiadomo, że jakieś predyspozycje w genach się otrzymuje. Mogą to być te związane ze sprawnością fizyczną, umiejętnościami, ułatwiające sukcesy sportowe. Albo z rysowaniem na przykład. Są jednak i te zwiększające ryzyko, że zostanie się alkoholikiem. Mogłem wiedzieć, że mam coś takiego w genach. Człowiek zawsze ma jednak takie nastawienie, że myśli, że jego problem nie dotyczy. Inni, jasne, pijaki. Ale ja? Panuję nad tym. Aż do momentu, w którym już nie możesz sobie dać rady.

Pamięta pan, kiedy pierwszy raz sięgnął po alkohol?

Ryszard Kałaczyński: Za dzieciaka, w podstawówce. Wygłupialiśmy się wtedy – kto więcej wypije, kto da radę opróżnić półlitrówkę. Nie było dla nas dostępnego alkoholu w sklepach, ale na wsiach pędziło się bimber, swojskie wina. Potem już nie dało się tego zatrzymać. 25 lata ciągłego picia. Niektórzy mogą zrozumieć, że chodziłem zachlany od rana do wieczora. Nie o to chodzi. 25 lat ciągłego picia, czyli nie było tygodnia, w którym potrafiłbym sobie odmówić alkoholu. Alkoholizm ogólnie jest źle rozumiany w społeczeństwie. Żeby być alkoholikiem nie musisz chodzić obrzygany, leżeć w rowie. Możesz być wielkim panem. Ta choroba zbiera żniwa wszędzie – u księży, lekarzy, profesorów, adwokatów, artystów. Nie tylko u biednych.

 

 Ryszard Kałaczyński, po przebiegnięciu ostatniego z 366 maratonów, był w świetnej formie  Fot. Tytus Żmijewski, PAP

 

Kiedy pan sobie uświadomił, że to nie może dłużej trwać?

Ryszard Kałaczyński: Początkowo próbowałem biegać i pić. Od 1997 roku starałem się ograniczać, żeby móc stawiać sobie większe wyzwania w sporcie. Z czasem uświadomiłem sobie jednak, że to nie idzie w parze. Nie da się tego pogodzić. Picie powodowało, że organizm protestował, męczyłem się. Przy okazji przyszły problemy z pieniędzmi. Nie miałem z czego spłacić kredytu wziętego na gospodarstwo, musiałem jeździć pracować za granicę. Tam też jednak piłem, bo jak się zarabiało, to była przecież okazja. Decydujący był jednak moment gdy wróciłem z jakiejś chałtury. Kafelki tam kładłem. Usiadłem kompletnie pijany. Podeszła do mnie moja 4-letnia córeczka, spojrzała w oczy i po chwili poleciała do Reni, mojej byłej żony. Mamo, tatuś znowu jest pijany” – usłyszałem jej przerażony głos. Byłem w szoku, że ona tak już wszystko rozumie. Pomyślałem sobie, że nie dopuszczę, żeby kiedyś jeszcze widziała mnie w tym stanie.

Walka z nałogiem łatwa jednak nie była. W książce wspomina pan, że Renata nie potrafiła odnaleźć się w nowej sytuacji. Kusiła pana, chodziła z winem po domu, organizowała imprezy. By tylko wrócił pan do picia... 

Ryszard Kałaczyński: U niej okazało się potem, że była lekomanką. Zastanawiałem się, czy wspominać o tym wszystkim, bo to jednak książka o mnie, mojej historii. Zrozumiałem jednak, że to może dotyczyć każdego innego alkoholika. Często osoba, która początkowo pomaga wyjść z nałogu, potem sama wpada w tę pułapkę. To przykład, który dotyczy większości rodzin w których się pije. Syn widzi, że ojciec pije. Widzi, że to jest złe. Ale mówi sobie: „On może, to ja też!” i idzie robić to samo. To może trwać w nieskończoność. Odnoszę wrażenie, że przerwałem pewien łańcuszek, trwający od pokoleń. Zawsze było: „Co, Kałaczyński się nie napije? Co to za Kałaczyński jak nie wypije”. Udowodniłem, że udaje się to przełamać. Wielu niestety nie jest w stanie tego zrozumieć, poradzić sobie z tym problemem.

Musiał pan być niezwykle twardy, żeby w pewnej chwili nie pęknąć. Powodów do napicia się nie brakowało...

Ryszard Kałaczyński: Mówiłem sobie, że co to za wyczyn przebiec Spartathlon, a potem wrócić do chlania. Jak ś.p. Wojtek Pismenko. Przebiegł sześć, jeden z nich cały czas popijając. I po co te wszystkie wyczyny, jak już teraz nie żyje. Zmarł. Żal nam było wszystkim strasznie, ale tego najważniejszego biegu w życiu nie wygrał. Jaką moc ma alkoholizm, skoro może połamać największego nawet twardziela.

Panu się jednak udało...

Ryszard Kałaczyński: Nie udało się. Jeszcze jak gdzieś leżą kapsle od piwa albo butelki, to zawsze je zauważę. Inni przechodzą z obojętnością, a ja je widzę. To jest ostrzeżenie, że jesteś trzeźwym alkoholikiem. Cały czas trzeba uważać.

Pana ucieczką od alkoholizmu stało się bieganie. Pierwszym wielkim projektem był bieg przez Polskę. 800 kilometrów w tydzień. Kiedy to szaleństwo zrodziło się w pana głowie? 

Ryszard Kałaczyński: Kiedyś na spotkaniu taki Andrzej Ubraniak z Bydgoszczy opowiadał, że przebiegł Polskę w dwa tygodnie. Piotrek Kuryło chwalił się, że w dwanaście dni. Niby wielcy ultramartończycy, ultrasi. Ja mówię im: „Wy barany, baby jak idą na pielgrzymkę, to robią 38 kilometrów codziennie w laczkach, a wy 55-60 dziennie i niby wielkie ultrasy. Kut***, a nie ultrasy. Ja wam pokażę jak się biega. W sześć dni przebiegnę Polskę!”. Pogadałem z Mirkiem Lasotą, on stwierdził, że trochę przesadziłem. To jest ruch otwarty, środek lata, więc upał przyjdzie. No to posłuchałem i spróbowałem w siedem. Drogą pielgrzymkową. Z Zakopanego do Sopotu, ale przez Wadowice, Częstochowę. Łącznie 800 km wyszło. Jak już do Częstochowy dobiegłem to poszło. Pięć pielgrzymek w nogach miałem, to drogę znam na wylot. I przyznam, że jakby ktoś chciał kiedyś pobić ten wynik i całą tę trasę zrobić w tydzień, to nie wierzę, żeby się udało. Rekord nie do pobicia. Ale to był zwariowany pomysł.

Jaki był najgorszy moment? Taki, w którym zwątpił pan, że się uda?
Ryszard Kałaczyński: Jak ruszyłem, to był upał 37 stopni. Na Zakopiance odwróciłem się i spojrzałem na taką tablicę wskazującą temperaturę, postawili ją pięknie na tle gór. Patrzę – 37 stopni, a przy szosie 55 i pół. Jak na to spojrzałem to aż mi wszystko zaczęło chodzić przed oczami. Taki wykończony byłem. Zagotowany, obrzygany. Na szczęście do tej wyprawy dobrze się przygotowaliśmy. Miałem serwisantów. Jak ja biegłem, to oni podjeżdżali na stację benzynową po lód. Obkładali mnie nim, schładzali. Pomagali mi podbiegać. Pierwszą kąpiel w lodzie miałem w Częstochowie. Wtedy doceniłem jak wiele to daje. Leżałem sobie tam, ale czułem się jak w saunie. Poszedłem do góry na herbatę, napiłem się, nogi uniosłem w górę i czuję a w płucach gorąco jak w piecu hutniczym. Całe ciało momentalnie  gorące. Wróciłem szybko do tego lodu i czekałem, aż mnie delirka złapie. Organizm się schłodził, ubrałem się w coś do spania i padłem jak suseł. Bez mrugnięcia okiem przespałem z trzy czy cztery godziny. Potem trzeba było już ruszać.

Całą książkę czyta się praktycznie jednym tchem, ale był u mnie moment, w którym pojawił się lokalny patriotyzm - jestem z Boguszowa-Gorc pod Wałbrzychem, a pan walczył tam z Sudecką Setką. Nocny bieg górski, sto kilometrów do zrobienia...

Ryszard Kałaczyński: Kiedyś trasa tego biegu była trochę inna. Na Chełmiec wbiegało się z drugiej strony, szlakiem. Jak deszcz padał, to wszyscy na dupie zjeżdżali. Potem podbiegało się aż do czeskiej granicy. I tam była taka góra, a te cwaniaki z Wałbrzycha znali wszystkie skróty. My jak ze świętej pamięci Wojtkiem Pismęką biegliśmy przodem, to mówię do niego: Wojtuś, Ty leć za jednym, ja pójdę za drugim. Jak tak zrobimy to nas nie wyrolują. No i gonimy tak za nimi. Jeden uciekł, ja poszedłem za nim. Mija chwila, a on zgasił światło w swojej czołówce i było po mnie. Cwaniak chciał się mnie pozbyć i wyszło. Kompletnie ciemno się zrobiło i porządnie się zagmatwałem. Ale jako, że w wojsku byłem zwiadowcą, to mówię: o nie, ty skubany, nie ma tak łatwo!” Pójdę na azymut. Przez jedną górkę przebiegam, drugą. Myślę, jeszcze trochę i będzie punkt kontrolny. Rany mam na całych nogach, słońce wschodzi, patrzę, a tam budynki jakieś. Przyglądam się dworzec kolejowy. Nie muszę chyba mówić, że nijak się to nie zgadzało z zaplanowanym przebiegiem trasy.

 

 Dzięki bieganiu rolnik z Wituni pokonał wiele życiowych problemów i wyszedł na prostą  Fot. Tytus Żmijewski, PAP

 

I co pan zrobił?

Ryszard Kałaczyński: Kawałek dalej była hala sportowa. Podchodzę tam, odbijam, że przebiegłem maraton i chcę odpuszczać. A paniusia mi mówi:

– Panie, biegnij pan, ostatni maruderzy to tu dopiero co byli. Jeszcze ich pan dogonisz spokojnie.
– Pani kochana, dajże spokój, ja w nocy 70 kilometrów po tych górach na czuja zrobiłem!
– To gdzie pan był!?
– Ech, a gdzie ja nie byłem!

To raczej nie ma pan stamtąd miłych wspomnień...

Ryszard Kałaczyński: Nie, spokojnie. Bywam tam co jakiś czas i lubię to miejsce. Ostatnio tam byłem jak „Bieg przez Polskę” robiłem. Prowadziłem tam też kiedyś Edytę Szczygielską. Zabrałem ją do Boguszowa na przetarcie przed Spartathlonem. Mówię jej, że żeby zaliczyć Nemeę w Grecji, to Sudecka Setka na trening jest idealna.

Przez myśl by mi nie przeszło, że tą miejscowość jakkolwiek można porównać z Grecją. Pan jednak ze swojej Wituni zrobił stolicę polskich maratonów!

Ryszard Kałaczyński: To tam odbył się cały projekt z 366 maratonami w 366 dni. Wszyscy mówili, że to szaleństwo. A ja odpowiadałem tylko: „Jak barany nie wierzycie, to nie wierzcie. Ja zrobię swoje”. 42 maratony w 42 dni zrobił Mariusz Szostak z Augustem Jakubikiem. To był rekord Polski. Odezwałem się do tego pierwszego, popytałem o szczegóły, rady. Pojechaliśmy na dwumaraton bydgoski i tam usłyszałem, że w planach jest nowy rekord – 50 kolejnych dni z maratonem. Mówię do nich: „Chłopaki, dajta sobie spokój. Jeden zrobi 50, następny 52. Jak już robić rekord, to porządnie, do bólu. Ja zrobię cały rok z maratonami”. Ile!? – dziwili się. To tłumaczę, że od 15 sierpnia, we Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, i skończę rok później. I poszło.

Chodzą słuchy, że to panu nie wystarczy...

Ryszard Kałaczyński: Jak robiłem maratony, to przyjeżdżali do mnie triathloniści na treningi i mówili, że przebiegnięcie takiego dystansu to nic w porównaniu z zaliczeniem Ironmana – 3,86 km pływanie, 180,2 km jazda na rowerze i 42,195 km bieg. Odgrażali się, że pięć lat się trzeba przygotowywać i, że jak chcę się sprawdzić to powinienem spróbować zrobić tego ich Ironmana. No to myślę sobie – pływać umiem, jeździć na rowerze umiem, a w bieganiu jestem najlepszy. Co za bzdury oni mi więc gadają? To postanowiłem sobie, że zrobię rekord Guinessa w tym ich Ironmanie. Rekord miał Francuz – 32 z rzędu. W 2015 roku pobił go Amerykanin, zrobił 50. A ja od początku stwierdziłem, że zrobię 100. I przygotowania trwają. Jeszcze nie pływałem, bo muszę znaleźć sponsora, który zafunduje pianki. Znalazłem rower, prezes Herbapolu mi zasponsorował. Muszę mieć sztab ludzi – m.in. dwóch sędziów, porządnie to zgłosić, żeby nikt mi tego potem nie kwestionował. I teraz biegam sobie maratony, żeby organizm przyzwyczaił się, że to całe bieganie to dla mnie odpoczynek. Muszę sobie wbić do głowy, że po tym całym wysiłku w wodzie i na rowerze, będę myślał: „Wreszcie mój ukochany maraton, odpocznę sobie!”. Jeśli na to będę przygotowany, to w czerwcu 2018 roku zaczynam.

Zdrowie pozwoli? Na karku już 57 lat.
Ryszard Kałaczyński: Nie jest źle. Byłem ostatnio posprawdzać. Trochę nerki mi gorzej funkcjonują, ale nie jest jakoś fatalnie. Prześwietlone mam wszystko. Gdzieś tam jakieś dwie torbiele. Czuję się dobrze.

Gdy się słucha o wszystkich tych wyczynach, to trudno pozbyć się wrażenia, że robi pan to po to, aby przypomnieć o sobie władzom Spartathlonu, którego nigdy nie udało się panu ukończyć...

Ryszard Kałaczyński: Ja go i tak przebiegnę. Zmienili regułę eliminacji i teraz, jako że kilka razy go nie skończyłem, to nie mogę już startować. Ale pojawiła się furtka. Stworzyli też Bieg Filipedesa, z Aten do Sparty i z powrotem, czyli dystans dwukrotnie większy od Spartathlonu. Chętnych nie brakuje. Kwalifikację już mam, bo startuję na mistrzostwach w biegu sześciodniowym. I tak sobie myślę, że jak już przebiegnę tego Filipedesa, to nie będą mieli wyjścia i kolejną szansę będą musieli mi dać. To nawet nie chodzi o jakieś tam moje spełnienie. Ja się na nim po prostu jeszcze nigdy nie poddałem. Przeszkodziła pogoda, nie zmieściłem się w limicie czasu. Raz zatrzymali mnie organizatorzy, bo jak ktoś nie ma serwisu i widzą, że mu się dupa chwieje to podchodzą, ściągają numerek, mówią „kala ne ne” – dobrze jest, i biec dalej nie pozwalają. Nie chcą ryzykować. Bo jak masz serwis, zapłacisz za niego, to zostawiają cię w spokoju. A ja sobie przyrzekłem, że przebiegnę bez.

Bieganie pomogło panu wyjść na prostą, ale też na nowo znaleźć rodzinne szczęście. To jest teraz dla pana priorytet?

Ryszard Kałaczyński: Na pewno. Mam kochaną córeczkę Zosię. Półroczną. Jest dla kogo żyć. To samo ze starszymi dziećmi. Szczególnie związany jestem z córką Michasią, 22 lata skończyła, teraz na studia poszła. Mam dwójkę wnuków. Moją kochaną Sylwię. Są powody do motywacji i chęci pokazania, że można połączyć rodzinę z pasją. Widzę, że nie tylko dla siebie, ale i dla nich, warto było walczyć. Spróbować pokonać nałóg. Ta walka była trudniejsza niż jakikolwiek maraton.