Śmiganie Szmiga (8) - Plażowy koszmar

Maciej Szmigielski
 /  fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Maciej Szmigielski 19-07-2014 | 23:34

Autor:

Bieganie po plaży, zwłaszcza na naszym wybrzeżu, szybko może przerazić. Zwłaszcza początkujących.

Teoretycznie wszystko jest fajne i pięknie. Pamela Anderson lub inna tego typu aktorka zasuwa po czyściutkiej plaży, skaczą jej... włosy, nie jest spocona i zmęczona. Podobnie jest na różnych plakatach lub filmikach reklamujących nadmorskie kurorty. To jednak tylko pozory.

Jeszcze niedawno, dla kogoś ważącego ok. 135 kg, bardziej realne od biegania po plaży było to, że ludzie z Greencpeace będą go polewać wodą i spychać do wody. Teraz biegających nad brzegiem morza jest już multum i mało który ma na twarzy wypisany zachwyt. Dla kogoś, kto dopiero od niedawna biega, pierwszy kontakt z piachem, wodą, turystami i śmieciami, szybko może okazać się pierwszym i ostatnim wyjściem na plażowe bieganie.

Po miejskich betonach i asfaltach trzeba się bowiem przestawić na zupełnie inne bieganie. Oprócz tego, że poruszamy się znacznie wolniej, to jeszcze nogi bolą w takich miejscach, z jakimi dotychczas nie mieliśmy do czynienia. To oczywiście też przydatny trening, ale należy go dawkować. A już na pewno nie wychodzić z założenia, że skoro w mieście kilometr robimy średnio w 6 minut, to w tyle samo przebiegniemy 1000 metrów plażą.

Przede wszystkim będziemy omijać mokry piach i wodę, do tego jeszcze turystów, dzieciaki i psy. I nieważne, czy wyjdziemy rano czy wieczorem na trening, zgraja plażowiczów zawsze będzie za duża.

Żeby tempo było odpowiednie, a przyjemność z biegu zachowana, trzeba szukać kawałków plaży z ubitym piachem, w który nie będziemy się zakopywać po kostki. Lepiej też unikać wody, jeśli mamy buty za kilka stów. Gorzej, jeśli natrafimy na miejsca, a na środkowym wybrzeżu jest ich całkiem sporo, gdzie po prostu plaży nie ma i woda dochodzi do samego klifu. Wbiegać wtedy w morze, zawracać, czy po prostu zdjąć buty i przejść kawałek na bosaka? To już indywidualna decyzja, uzależniona od tego, dokąd chcemy dotrzeć. Niebezpieczne jest bieganie w jedną stronę kilku kilometrów lasem, a potem powrót plażą, zwłaszcza, jeśli plaży nie ma, a przed sobą widzimy z jednej strony tylko morze, a z drugiej 30-metrowy klif, na który wdrapywać się nie można.

Jest jeszcze temat biegania na bosaka, ale to nad naszym morzem spore ryzyko. Chyba, że naszym celem jest nadepnięcie na butelkę, na to mamy akurat spore szanse. Niestety jest to łatwiejsze i bardziej prawdopodobne od tego, że bez problemu przebiegniemy wzdłuż brzegu kilka kilometrów bez żadnych przygód.

Marne szanse są również na to, że zobaczymy początkującego biegacza z wielkim uśmiechem. Raczej będzie to wywieszony jęzor, czerwona twarz i przerażenie w oczach, że przecież cel niby jest tak blisko, ale przez te wszystkie zatoczki droga znacznie się wydłuża. Na mapie wyglądało to na 3 kilometry, a w rzeczywistości wyszło ponad 5.

Mimo wszystko jednak bieganie po plaży ma swoje uroki, nawet jeśli jest ich znacznie mniej, niż można by się spodziewać. Ale o tym każdy musi przekonać się sam.

 

Czytaj też inne odcinki Śmigania Szmiga: cz.1, cz. 2, cz 3, cz. 4, cz. 5, cz. 6, cz. 7