Śmiganie Szmiga (2). Ponadstukilowy facet, który biega, zawsze wygląda dziwnie. Trudno...

Maciej Śmigielski
 /  fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Maciej Szmigielski 10-06-2014 | 13:44

Autor:

Jak już podejmiemy decyzję, że chcemy zwalczyć kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt kilogramów, trzeba się odpowiednio przygotować. Nie ma sensu od razu „iść biegać”, bo wykończymy i zniechęcimy się szybciej, niż sami byśmy się spodziewali.

Najlepszym rozwiązaniem jest program, który w dziesięć tygodni pozwoli nam dojść do półgodzinnego ciągłego truchtu. Tak był reklamowany. Sprawdziłem na sobie i rzeczywiście działa.

 

Dwa pierwsze tygodnie wyglądają tak:

 

2 minuty truchtu + 4 minuty marszu (powtarzamy 5 razy)

 

Gdy uda nam się przetrwać ten wstęp, przechodzimy do drugiego etapu, który zaplanowano tak:

 

3 minuty truchtu + 3 minuty marszu (powtarzamy 5 razy)

 

 

Trudne to, czy łatwe? Dla kogoś, kto ważył w punkcie kulminacyjnym 135 kilogramów, wydawało się to bardzo trudne. Mimo że to niby tylko pół godziny, z czego w pierwszym tygodniu biega się, a w zasadzie truchta, raptem 10 minut. Ale motywacja była, tym bardziej, że ten program wygląda na ostatnią deskę ratunku.

 

Zanim jednak wyjdziemy na ulicę, trzeba się zastanowić, jak wszystko logistycznie rozegrać. Wiadomo, że 135 kg w obcisłym stroju wyglądać będzie fatalnie (a nawet gorzej). Nie bawmy się więc w legginsy, obcisłe koszulki. W różnych serwisach o bieganiu wszyscy twierdzą, że obcisłe ciuchy są lepsze, bo jest mniejszy opór powietrza, bo mniej krępują ruchy. To wszystko się zgadza, ale u zawodowców, a nie w naszej grupie. Lepiej więc na razie założyć zwykłe dresy i tak ruszyć na pierwszy bieg.

 

Pojawia się też jednak drugi problem – pewna bariera psychiczna. Facet ważący sto kilkadziesiąt kilo zawsze będzie wyglądał trochę dziwnie biegając. Siłą rzeczy przyciągać będzie spojrzenia. Dwa lata temu, gdy pół Polski jeszcze nie biegało, sytuacja była znacznie trudniejsza, niż obecnie. Ale i na to znalazło się idealnie rozwiązanie.

 

Po prostu trzeba iść biegać wtedy, kiedy jest mało ludzi na ulicach i ścieżkach. Można to sobie nawet sensownie zaplanować. Sprawdził się system trochę dziwny, ale jednak skuteczny.

 

Robimy sobie pobudkę o 4 rano. Brzmi koszmarnie, ale da się przeżyć, zwłaszcza wiosną i latem, gdy robi się o tej porze widno. Jemy lekkie śniadanie – warto zacząć przyzwyczajać się do owsianki – i wychodzimy. Robimy swoje pół godziny, wracamy do domu, szybkie mycie i przy dobrym układzie, w zależności kto jaką ma pracę, jest jeszcze czas na krótką drzemkę. Potem człowiek wstaje ze świadomością, że wykonał już naprawdę pożyteczną robotę, zdążył jeszcze odpocząć i ma cały dzień przed sobą. A ze świadomością, że jest już pobiegane nawet w ciągu dnia mimowolnie się pilnujemy, żeby górą jedzenia nie zepsuć efektów naszych 30 minut biegu i marszu.

 

Wiadomo, że pobudka o 4 rano to szaleństwo. Ale jeśli uda nam się funkcjonować tak przez tydzień, to drugi będzie już zdecydowanie łatwiejszy. Naprawdę można się zdziwić, jak szybko przyzwyczajamy się do wcześniejszego wstawania. Poza tym myśl o tym, że jeszcze przed pracą czeka nas drzemka, też sporo pomaga.

 

Jak macie jakieś pytania, to piszcie: maciej.szmigielski@axelspringer.pl