Biegam bo... spotkałem Haile Gebrselassie

Po jednym z maratonów
 źródło: własne
04-06-2014 | 18:24

Autor: Andrzej Sochacki

O początkach swojej biegowej przygody opowiada 45-letni Andrzej Sochacki, właściciel firmy i biegacz z 5-letnim stażem.

Był piątek , koniec września 2008 roku. Bilety w kieszeni, walizka spakowana, więc ruszyliśmy z żoną Agnieszką w drogę pociągiem do Berlina. Tam czekali już znajomi Ela, Ignazio i Tomek do których, po wielu zaproszeniach, udało się wreszcie dotrzeć. Plan na sobotę miałem prosty, pójdę koniecznie na mecz Bundesligi. Magia Stadionu Olimpijskiego, wspaniałej atmosfery.

 

Wracając po meczu mieliśmy problemy z dotarciem do domu. Okazało się, że mnóstwo ulic było zamkniętych ponieważ odbywał się maraton na rolkach. Już po dotarciu do domu szybka wizyta w Internecie i plan na niedzielę. Będziemy kibicować maratończykom którzy pobiegną, o zgrozo 42,195 km . Na liście startowej m.in. znany z tv Haile Gebrselassie. Tego odpuścić nie można.

 

Akurat mieszkaliśmy w okolicach 32. km trasy. Po śniadaniu szybka wyprawa na trasę. Pierwszy szok - mnóstwo ludzi. Absolutny brak wolnego miejsca w bezpośrednim sąsiedztwie trasy. Jakieś wariactwo. Krzyki, śpiewy, gwizdy i nagle jest samochód z tablicą pokazującą czas, a za samochodem uśmiechnięty Haile. Bieg nie sprawiał mu żadnego trudu. Ale kozak - pomyślałem.

 

Potem przebiegali kolejni, pierwsze kobiety, barwny tłum stawał się coraz gęstszy. Okrzyki kibiców z Danii, Włoch, Szwajcarii, oczywiście miejscowych berlińczyków. Nawet nie wiedziałem kiedy upłynęły 2 godziny oglądania mistrzów podziwianych w tv, ale również zwykłych ludzi, którzy z każdą minutą urastali w moich oczach do miana bohaterów. Maraton się skończył, a my grzecznie wróciliśmy do domu, potem jeszcze wizyta w knajpie na obowiązkowej golonce po bawarsku (to nic, że w Berlinie).

 

W poniedziałek powrót do domu. A w pociągu w naszym oraz w sąsiednim przedziale znajomi herosi z niedzieli. Medale na szyjach , twarze uśmiechnięte, chociaż właściwie to raczej rodzaj dzikiego podniecenia malującego się na ich obliczach i ponad 6 godzin rozmowy, co ja mówię dyskusji, planów, przekrzykiwań. Zdobywcy Berlina (niemal jak nasi Czterej Pancerni) już planowali następne podboje, Rzym, Londyn, Paryż, Praga, Ateny. Już w swoich myślach ustawiali się na linii startowej europejskich maratonów. Ale teraz wracali do swoich rodzin, do pracy na poczcie, w urzędzie, w sklepie, za kierownicą auta. Ci wielcy herosi, zdobywcy Berlina, maratończycy.

 

Chwyciłem telefon zadzwoniłem szybko do przyjaciół, u których byłem w Berlinie i rzuciłem jedno zdanie, ZA ROK MY. Nie odmówili, powstał zakład, że za rok my również pobiegniemy, również będziemy dziko dyskutować o kolejnych kilometrach trasy, kolejnych punktach odżywczych, kryzysach, szybkiej toalecie w krzakach i ogromnej uldze i szczęściu patrząc na napis META. Pobiegłem tylko ja, wprawdzie w Warszawie, ale może to i lepiej zaczynać u siebie. Pobiegłem? Nie, raczej ukończyłem. Pierwsze słowa do żony na mecie: nie pozwól mi nigdy więcej tego zrobić. Wieczorem w domu już planowałem następny start.

Ela pobiegła rok później , dzisiaj ma na koncie 4 maratony .

Tomek pobiegł pierwszy raz w 2013 roku .

Ja do dzisiaj mam na liczniku 10 maratonów.