Zdobyłem Everest. W hotelu, bez pomocy Szerpów i prawie bez tlenu

zobacz zdjęcia » Jakub Radomski w drodze na swój Everest
 /  fot. Paula Duda  /  źródło: Fot.
Jakub Radomski 10-02-2016 | 23:58

Autor:

Dziennikarz serwisu czasnabieganie.pl Jakub Radomski wziął udział w 24-godzinnej wspinaczce (biegu?) po schodach. Oto jego wrażenia z Marriott Everest Run.

– Można płacić kartą? – pytam. Ekspedientka najpierw uważnie na mnie patrzy, jakby badała, czy aby na pewno jestem normalny. W końcu odpowiada, że tylko gotówką. Na szczęście obok jest bankomat. Biegnę do niego, wypłacam pieniądze, i z powrotem jak najszybciej lecę do sklepu. Kupuję dwie kanapki, obojętnie z czym, na chybił trafił i trzy batony. Cała scena ma miejsce w sobotę 6 lutego, wieczorem, w przejściu podziemnym przy Dworcu Centralnym w Warszawie, a ja mam na sobie koszulkę i krótkie spodenki. Obok w kolejce stoi młoda dziewczyna i też patrzy na mnie jak na wariata. Gdyby spytała, dlaczego jestem tak ubrany, odpowiedziałbym, że biorę udział w zawodach sportowych w pobliskim hotelu Marriott i właśnie okazało się, że tylko tu mogę kupić coś do jedzenia.

Pewnie jeszcze bardziej by się zdziwiła. A gdyby dalej drążyła temat, usłyszałaby, że Everest Run polega na tym, że przez całą dobę pokonujesz w hotelu po schodach 42 piętra i jeżeli zrobisz to 65 razy, zostajesz symbolicznym zdobywcą najwyższej góry świata. Wtedy być może wybrałaby numer do szpitala psychiatrycznego w Tworkach. W końcu to blisko. Z Centralnego jakieś pół godziny kolejką…
Bunio, Hannibal i inni
W pierwszej części biegu kilka razy mija mnie starszy mężczyzna. Pokonuje schody dużo szybciej ode mnie. Pewnie bym się za nim kilka razy utrzymał, ale na górze po tych paru wejściach padłbym nieprzytomny na podłogę. Na numerze startowym ma napisane „Bunio”. – Szkoda, że startowałem o 11.00. Gdyby puścili mnie dwie godziny wcześniej, mógłbym spokojnie rywalizować o pierwszą ósemkę. A może nawet piątkę. Pościgałbym się trochę z tymi młodymi – mówi, gdy jest akurat okazja, by porozmawiać, bo czekamy na windy.

„Bunio” nazywa się Marek Nowosielski. Jest z rocznika 1955, w Internecie można wyszukać, że w październiku ubiegłego roku maraton w Toruniu pobiegł w czasie 3:10:46, a w listopadzie w Tarnowskiej Dyszce uzyskał 40:49. Tak, dokonał tego w wieku 60 lat… Gdy po godzinie trzeciej nad ranem robię sobie półgodzinną przerwę i siadam na wygodnej kanapie w klubie fitness Holmes Place (był otwarty dla biegaczy, znajduje się tuż obok schodów), „Bunio” się dosiada. Nie wygląda na zmęczonego. – Zrobiłem ten Everest. Po kolejnych wejściach sporo piłem, ale stosunkowo rzadko jadłem. Nie chciało mi się jeść. Poza tym wolałem nie marnować czasu – tłumaczy 61-latek.

 

 Na numerze można było mieć wpisane imię, przydomek lub jeszcze coś innego. Fot. Jakub Radomski

 

Na numerach startowych niektórzy mieli wpisane swoje imiona, ale nie wszyscy. Mogłeś wpisać, co chcesz: zdrobnienie, przydomek czy nazwę strony internetowej lub bloga. I tak na kolejnych podejściach spotykałem „Zbycha” (wyjątkowo dzielnie napierał do góry, mimo że, chyba się nie obrazi czytając to, miał co wnosić na górę), „Biegowego Entuzjastę”, człowieka z motywującym hashtagiem #Neverevergiveup i „Jaya”, który na sam koniec poratował mnie słonymi orzechami i bananem (dzięki!). Był też „Hannibal”. Pierwsze skojarzenie było jednoznaczne – Lecter. Pamiętacie „Milczenie owiec”? Za każdym razem, gdy się mijaliśmy, miałem w głowie scenę z tego filmu ( trochę przereklamowany, książka dużo lepsza), w której grana przez Jodie Foster agentka Clarise Starling pierwszy raz udaje się do celi głównego bohatera i przemierza lochy, co do których określenie „przerażające” stanowiłoby lekki eufemizm. Schody, w miarę upływu kolejnych godzin, stawały się dla mnie dokładnie takie same. Najpierw były przyjemnością, później wyzwaniem, potem areną walki z samym sobą, a na końcu najgorszym miejscem na świecie. Gdy nad ranem pokonywałem je, znając już dokładnie każdy stopień, wydawało mi się, że robię coś kompletnie bezsensownego. Stały się moim wrogiem. Największym. Byłem gotowy zatrzymać się w pewnej chwili i powtarzać słowo, które raz za razem wypowiada Krzysztof Globisz w pamiętnej, ostatniej scenie „Krótkiego filmu o zabijaniu”: „Nienawidzę…”.
Ale nie, przecież nie mogłem się zatrzymać. Przecież to już tak blisko. Mam teraz się poddać, bo boli i cholernie chce mi się spać? Jeszcze tylko piętnaście wejść i będę na Evereście. Jestem już na Aconcagui, najwyższym szczycie Ameryki Południowej i całej południowej półkuli. Teraz mam jakieś 7400 metrów. Zaraz, jaka to góra? Już wiem, Pik Pobiedy. A „pobieda” to po rosyjsku zwycięstwo. Wspinacze nie cierpią, jak zdobywają te szczyty? Cierpią i to dużo bardziej niż ja teraz. Czytałem przecież o tym w tylu książkach. Jeżeli wejdę jeszcze dziesięć razy, też odniosę zwycięstwo. Tego typu chaotyczne i trochę irracjonalne, typowe dla skrajnie zmęczonego człowieka myśli, pchały mnie w górę pod koniec zawodów. I pozwoliły zrealizować cel. Motywowała też ściana na poziomie -1, na której wypisano ile wejść odpowiada, której górze. Jeśli wejdziesz 36 razy, na specjalnym certyfikacie napiszą ci, że w Warszawie zdobyłeś Mont Blanc. 40 wejść to był Elbrus, 51 – Aconcagua, 64 – K2, które dla wielu himalaistów jest szczytem marzeń (jeszcze nikt nie wszedł tam zimą). Ale kto odpuści po zdobyciu K2, jeśli kolejne wejście, jednorazowe pokonanie „tylko” 42 pięter będzie oznaczało Everest? No kto?

 


 Była ciężka wspinaczka, ale były też chwile wytchnienia Fot. Paula Duda

 

Z poziomu morza na Everest

Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem...! Na początku było głośne odliczanie. Byłem jedną z około trzydziestu osób, które startowały w sobotę o godzinie 11.00. Organizatorzy, bojąc się korków przy windach na 41. piętrze (do dyspozycji były tylko dwie) podzielili uczestników: część startowała o 9.00, pozostali kolejno o 10.00, 11.00, 12.00 i 13.00. Tyle, że choć nazywano to biegiem 24-godzinnym, wszystkim kończył się czas o 9.00 w niedzielę. To jedna z rzeczy, które przed ewentualną następną edycją organizatorzy powinni zmienić. – Następnym razem albo będę wpisany na 9.00, albo nie startuję w ogóle – mówił mi koło północy Kamil. Od kilku lat startuje w różnych imprezach długodystansowych, trwających nawet dobę. Tu odpuścił po 55 wejściach. Był skrajnie zmęczony, niewyspany i głodny. Do tego stopnia, że nie dawał sobie wielkich szans na zaliczenie ostatnich 10 wejść, choć miał na nie pięć godzin. Dwa na godzinę. To mogło być za trudne.
20 godzin i 48 minut. Tyle zajęło mi wejście z poziomu morza na Everest. Pierwsze zaskoczenie przyszło bardzo szybko. Czemu tu jest, do cholery, tak duszno? – zastanawiałem się. Na treningach, które w tym samym miejscu odbywały się wcześniej, była włączona klimatyzacja i szło się przyjemnie, tymczasem tutaj pociłeś się i nie miałeś czym oddychać. Później, na oficjalnym certyfikacie, który dostałem, przeczytałem, że zaliczyłem szczyt bez pomocy Szerpów i „prawie bez tlenu”. Może więc to była świadoma imitacja ekstremalnych warunków? Na szczęście na górze czekał punkt odżywczy. Były napoje – woda i różnego rodzaju izotoniki. Szybko się zorientowałem, że za każdym razem trzeba się napić. Później, gdy na trasie byli już wszyscy uczestnicy, przy windach tworzyły się kolejki. Czekało się nawet dziesięć minut. Kiedyś, gdy pisałem tekst o Patrycji Bereznowskiej, która osiąga wielkie sukcesy w biegach 24-godzinnych, polegających na pokonywaniu na nogach przez całą dobę pętli, mającej najczęściej koło dwóch kilometrów, pytałem ją, o czym w tym czasie myśli. Stwierdziła, że najczęściej planuje kolejne czynności. Co zje, czego się napije. Czy przyspieszyć, czy zwolnić. I tak cały czas. Tamta odpowiedź wydała mi się dziwna, ale na Everest Runie pojąłem jej sens, bo sam tak właśnie robiłem. Idę po raz dwudziesty i teraz co? Dobra, na górze jem batona i popijam go wodą. Jak zjadę, biorę z dołu dwa banany i wnoszę je. Zjem je później, bo i tak będę czekał na windę. Niby detale, ale na takich zawodach takie coś ma wielkie znaczenie.

Highway to Hell

Po 22 wejściach, mając świadomość, że za mną 1/3 wspinaczki, poszedłem wziąć lodowaty prysznic. Nawet nie wiecie, jak takie coś pomaga. Po 30 poszliśmy z Kamilem do Championsa. Każdy z zawodników miał w pakiecie posiłek właśnie w tym miejscu. Kurczak z ryżem i sałatką, popity Pepsi, postawił nas na nogi, jednak czas leciał nieubłaganie. Wiedziałem, że przez te cholerne szukanie jedzenia i kolejki w windzie z czasem nie jest za dobrze. Pojawiła się myśl, że jeśli marzę o zrobieniu całości, pewnie mi go zabraknie, tym bardziej, że w nocy dopadnie mnie osłabienie, a poprzedniej spałem tylko trzy godziny. Wiedziałem, że muszę coś zrobić. Na dole zobaczyłem dziewczynę, idącą równym i mocnym tempem. Był też inny kolega, Patrycjusz, z którym na początku zrobiliśmy we dwójkę z dziesięć wejść. Postanowiliśmy spróbować utrzymać się za Marysią. Raz kozie śmierć. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że prowadzi w klasyfikacji kobiet. Zrobiliśmy sześć wejść, naprawdę szybkich. Później, analizując swoje wyniki, zobaczyłem, że to był mój najszybszy odcinek podczas całego MER-u. Marysia miała prosty system – wchodzi sześć razy, na górze bierze izotonik, od razu wsiada do windy, zjeżdża i od razu idzie do góry. Raczej nie je w tym czasie.

Dopiero po tych wejściach pozwala sobie na odpoczynek - maksymalnie dziesięć minut - i później znowu do góry, znowu sześć razy. Po 40 wejściach, gdy zacząłem słabnąć, wiedziałem już, że podjąłem duże ryzyko. Z jednej strony chciało mi się jeść, ale z drugiej – wejścia, które pozostały do końca, malały w szybkim tempie. Dobra, zjem później – mówiłem sobie i to był wielki błąd. Po kolejnych czterech razach kompletnie odcięło mi prąd. Usiadłem na dole, jadłem kanapkę i tępym wzrokiem patrzyłem przed siebie. Stwierdziłem, że zrobię jeszcze jedno wejście, powolutku i później spróbuję jakoś sobie pomóc. Ledwo wszedłem na górę, ledwo sięgnąłem po izotonik, po czym poszedłem do windy. W każdej z wind znajdował się wolontariusz, mający na sobie plakietkę z napisem „Szerpa”. Ale tym razem jedna rzecz była inna, w windzie leciała muzyka. Nie jestem mistrzem w rozpoznawaniu piosenki po jednej nutce (choć znam taką osobę) i tutaj dopiero będąc w środku zorientowałem się, że to „Highway to Hell” AC/DC. – Celowo wam puściłem. Pasuje do waszego stanu, nie? – śmiał się wolontariusz.

 

 Po występie pozostaną wspomnienia, satysfakcja i... pamiątkowy certyfikat Fot. Jakub Radomski

 

Teraz Intercontinental

Na dole mnie olśniło. Cola! Przecież przed zawodami kupiłem dwie litrowe butelki Coli! Tylko gdzie one są? Przy takim zmęczeniu myśli się trudniej i dużo wolniej. Nie było ich wśród rzeczy, które miałem porozrzucane na dole, więc doszedłem do wniosku, że muszą być w depozycie na trzecim piętrze. Poszliśmy tam z Kamilem, który też już wtedy miał duży kryzys. Dobrze, że droga prowadziła po ruchomych schodach. Modliłem się, by te butelki tam były. Pani wydająca depozyt śmieje się, widząc desperację na mojej twarzy, po czym wraca z workiem i … są! Już zaczynam się cieszyć, widząc charakterystyczne kształty, ale po chwili zauważam, że to dwie Cole Light. Bez cukru, który był nam akurat najbardziej potrzebny. Nie wiem, czemu akurat takie kupiłem, tym bardziej, że od Coli jestem trochę uzależniony, ale nie piję Light. Nigdy. Sytuacja była tak abstrakcyjna, że z Kamilem po prostu zaczęliśmy się śmiać.
Nie wiem, jak udało mi się zrobić ostatnie wejścia. Chyba tylko na ambicji. Po szóstej rano widziałem kilku ludzi, którzy podchodzili po schodach, a ich twarze nie wyrażały NIC. Nie byli w stanie się nawet uśmiechnąć, pozdrowić, odpowiedzieć. W górę najwidoczniej pchało ich coś, co bardzo ciężko wyrazić. Sam jestem przekonany, że za rok, jeśli Everest Run się odbędzie, nie wystartuję w nim, bo nie chcę przechodzić tego wszystkiego ponownie. Ale wiecie co? To może się zmienić. Tuż po zawodach powtarzałem sobie, że przez jakiś czas daję sobie spokój z wchodzeniem po schodach, a w momencie, gdy piszę ten tekst, uśmiecham się na myśl, że dziś jest kolejny trening. Rzeczy już spakowane. Tym razem hotel Intercontinental…