Z trasy PZU Półmaratonu Warszawskiego: „To był mój życiowy bieg”

zobacz zdjęcia » Półmaraton Warszawski 2017
 fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Ryszard Opiatowski 26-03-2017 | 18:27

Autor:

Wśród 12180 biegaczy, którzy dotarli do mety warszawskiego półmaratony był też dziennikarz „Przeglądu Sportowego” Ryszard Opiatowski. Pomimo dość swobodnego podejścia do treningu, znów zdołał poprawić swą życiówkę. Oto jego wrażenia z biegu.

Noc o godzinę krótsza, za to półmaraton o prawie dziewięć minut szybszy od poprzedniego. Radość z wyniku bezgraniczna, a samopoczucie fantastyczne. Taki był mój PZU Półmaraton Warszawski.
Wyspać się przed biegiem bezcenne. Nie do końca się udało. Z powodu zmiany czasu noc była nieco krótsza, bo nawet jeśli snu było ponad siedem godzin, to wstawanie po szóstej nie należy do łatwych. Za oknem chmury, temperatura niewiele wyższa od zera stopni. To nie wywoływało uśmiechu radości, ale... z każdą minutą było coraz lepiej.
Pół godziny przed startem nadal było zimno, dlatego zdecydowałem się biec w czapce. I dobrze, bo zimny wiatr „kąsał”. Na szczęście nie był mocny, a temperatura w trakcie biegu rosła. Gdzieś w połowie trasy wyszło nawet słońce, więc warunki sprzyjały biciu rekordów życiowych.
Po solidnie przepracowanej zimie wiedziałem, że moja poprzednia życiówka – 1.47 z „hakiem” – zostanie poprawiona. Optymistycznie postanowiłem trzymać się Kuby, który miał znacznik z czasem 1.40. „Złamać sto minut, to byłoby coś” – pomyślałem.
Kuba zaczął szybciej niż zakładany czas. „Po to, by pod koniec, gdy będzie podbieg na most, mieć zapas czasu” – wyjaśnił. A my, spora grupka trzymała się blisko niego, ze zrozumieniem pokiwaliśmy głowami.

 

 Wśród dziennikarzy „Przeglądu Sportowego” i serwisu czasnabieganie.pl, przed startem, Ryszard Opiatowski (drugi z prawej) był w najlepszym humorze. Wiedział, że jest w formie!

Tempo cały czas było o prawie minutę szybsze od zakładanego, ale nikomu to nie przeszkadzało. Mi tym bardziej. Czułem się znakomicie, ale i tak po każdej „piątce” dziwiłem się, że nie czuję narastającego zmęczenia.
Pierwsze 5 km przebiegłem w 23.04. Następne w 23.18. Czas 46,22 min na „dychę” znakomity. Tempo w granicach 4.38-4.40 na kilometr lekko spadło po trzeciej „ćwiartce” (4.42), ale to zrozumiałe, bo podbieg na most Gdański był dosyć długi, a Kuba świadomie zwolnił.
„To ja lecę, dzięki” – rzuciłem mu, gdy zaczął się ostatni kilometr. Lekko przyspieszyłem i z uśmiechem na ustach pokonałem ostatnie metry. Wynik 1:38.51 był lepszy niż mogłem sobie wymarzyć. W dodatku byłem mniej zmęczony niż mogłem się spodziewać. Nogi bolały, ale serce rosło.
Gdy 2,5 roku temu po raz pierwszy przebiegłem półmaraton, miałem czas o... 20 minut gorszy! Nie do uwierzenia. A jednak! Jak to możliwe? Po prostu – bez pracy nie ma kołaczy. Recepta na bicie życiówek jest prosta – dużo trenować i robić to z przyjemnością. A nagrodą jest taki bieg, jak ten podczas PZU Półmaratonu Warszawskiego.