Wrażenia z maratonu. Było 4:09, za rok będzie 3:55

Jan Krzyżanowski z nowym maratońskim rekordem - 4:09:08
 źródło: własne
30-09-2014 | 14:44

Autor: Jan Krzyżanowski

Wśród 6675 zawodników, którzy ukończyli 36. PZU Maraton Warszawski był Jan Krzyżanowski. Plan przygotowań nie zawiódł - ukończył bieg. Co z tego zapamięta?

To był mój drugi bieg maratoński, choć ten pierwszy nie do końca był biegiem. Pamiętam, że 5 lat temu, co stanowiska z wodą, przechodziłem do chodu. Także dlatego, że nie potrafiłem pić w biegu. No i ważyłem powyżej 90 kg, co odczuwały moje nogi. Tak więc te przejścia do marszu, były wtedy dla mnie dobrym usprawiedliwieniem. Tyle nutki historii.

Do niedzielnego biegu naprawdę solidnie i uczciwie trenowałem. Miałem konkretny plan i nim szedłem. Robiłem zarówno drugi zakres, jak i długie wybiegania. Były krosy na początku sezonu, robiłem podbiegi. Tydzień byłem w Pieninach. Pilnowałem diety (w maju zacząłem mocno sympatyzować z wege, co spowodowało -7 kg i dojście do 76,5 kg) i widziałem, że wszystko układa się po myśli a kontuzje, co jest dla mnie od dwóch lat nowością, mnie omijają. Zrealizowałem pewnie 98 procent treningów, więc dobrze to wróżyło. I tak też się stało

Miałem bardzo dobrze rozpisany taktycznie plan biegu włącznie z zaznaczonymi punktami, w których mam wziąć żel (wziąłem 2 nadprogramowo). I to zadziałało, choć przyznać muszę, że miałem kilka trudniejszych momentów. Tak w skrócie:

12 km - czuję, że nogi lekko mi sztywnieją i pojawiła się delikatna kolka, która trzymała mnie aż do 18-go kilometra

26 km - pierwsze zmęczenie, którego genezą był podbieg ulicą Arbuzową. Inaczej się biega Arbuzową na treningach, a inaczej mając już w nogach 25 km

31 km - najdłuższy kilometr biegu. Aleja KEN i wiatr w twarz

33 km - doszedł mnie balonik na 4:10, którego opuściłem w okolicach 7-8 km. Postanowiłem jednak trzymać się grupy mając świadomość, że jak od nich odpadnę, to z 4:10 zrobi się 4:25 z przejściem do marszu w trakcie biegu

36 km - kryzys, ale biegnę dalej. Raz biegnę obok balonika, raz zostaję w tyle za nim. Przyświecała mi myśl, że biegnę już 3:45, więc czym jest kolejne 35 minut biegu

38 km – pacemaker zwalnia, bo decyduje się na zbieranie tych, którzy odpadają a ja postanawiam się od niego oderwać. Nie chciałem cały czas widzieć, że już nie mam siły. Rozpoczynam bieg o kilkanaście sekund na kilometr prędzej

40 km – drętwieją mi dłonie. Widać już Stadion Narodowy. Walczę, aby było poniżej 4:10

41 km – drętwieją mi całe ręcę i zaczynam się obawiać, że zaraz rozpoczną się skurcze łydek. Strach robi swoje i nieznacznie zwalniam zostawiając siły na finisz

Ostatnie 200 m biegnę ile fabryka dała tłumacząc sobie, że jak nie dzisiaj, to kiedy?!

Wyszło 4:09:08.

Olbrzymie zadowolenie i poczucie, że warto było wstawać w upalne dni o 5 rano, aby kończyć weekendowe wybiegania (25-30 km) przed godziną 10:00, kiedy to upał już zaczynał dawać się we znaki. Warto było sumiennie robić w domu stacyjne ćwiczenia siłowe na nogi. Co widzę po tym maratonie? Siła nóg, wybiegania, niska waga są podstawą całości.

A jakie najbliższe plany biegowe? Rok 2015 będzie rokiem półmaratonów - chcę poprawić prędkość przelotową, aby na spokojnie zejść poniżej 3:55 w roku 2016.

 

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~Piotr StanekUżytkownik anonimowy
~Piotr Stanek :
No photo~Piotr StanekUżytkownik anonimowy
Gratulacje Janku!
Super mocno poprawiona życiówka i walka. Miło było pogratulować Ci live :)
8 paź 14 16:34 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza: