Ultramaraton Powstańca – 63 km przyjemności

zobacz zdjęcia » To była II edycja ultramaratonu w Wieliszewie
 źródło: Materiały prasowe
29-08-2016 | 11:20

Autor: Dariusz Wieczorek

Wcale nie trzeba jeździć na kultowe ultramaratony, żeby cieszyć się z niezwykłych biegowych wrażeń przekonuje dziennikarz serwisu czasnabieganie.pl Dariusz Wieczorek.

Minęło kilka dni, a ja wciąż jestem pod wrażeniem niesamowitej organizacji i atmosfery podczas Ultramaratonu Powstańca w Wieliszewie na Mazowszu.
Z braku czasu dawno już nie pisałem o żadnym starcie, ale o tym biegu chociaż parę słów muszę napisać, żeby docenić wszystkich, którzy mieli swój udział przy jego powstaniu i podziękować im, bo stworzyli wspaniałą imprezę biegową na najwyższym poziomie.

W ciągu siedmiu lat zaliczyłem parę setek biegów i myślałem, że już nic nie jest w stanie mnie zdziwić. Biegałem w różnych podwarszawskich crossach. Najczęściej było przyzwoicie, czasem trochę gorzej. Zdarzyły się też biegi, gdzie organizator się kompletnie pogubił z oznaczeniem trasy... w efekcie np. na mecie 10-kilometrowego biegu jedni mieli „na liczniku” niecałe 8 kilometrów, inni kilkanaście...

 

 Darek Wieczorek na start trochę się spóźnił, ale potem już było tylko lepiej (fot. Darek Ślusarski)

 

O Ultramaratonie Powstańca dowiedziałem się niedawno, szukając w kalendarzu biegowym ciekawych startów na najbliższe weekendy. 63 kilometry? Nigdy wcześniej nie przebiegłem tak długiego dystansu, ale zapisałem się. Raz, że okazja godna – można uczcić pamięć Powstańców, dwa – uznałem, że należy mi się pokuta w postaci długiego wybiegania za to, że się lenię i prawie nie ruszam w tygodniu.
Po samym biegu nie spodziewałem się wiele od strony organizacyjnej... cóż, za 15(!) złotych nie należy wymagać zbyt wiele... Postanowiłem zaopatrzyć się w odpowiedni zapas żeli i picia na drogę. Pomyślałem też, że warto dobrze zapoznać się z trasą a może nawet wydrukować jakąś mapkę, żeby nie zabłądzić (zaraz po biegu musiałem jechać do pracy więc nie mogłem się zgubić gdzieś w lesie... ustawiłem sobie też własny limit czasowy – 7 godzin). Poprzedzającej nocy próbowałem odespać cały tydzień. Nie bardzo się udało, a i tak na bieg tradycyjnie dojechałem w ostatniej chwili...
Start o 6:30

Bardzo przyjemna pogoda, jeszcze lekki chłodek. Lekko spóźniony, dopiero gdy wszyscy ruszyli, wyskoczyłem z budynku ośrodka sportowego, przeszedłem pod taśmami i przekroczyłem linię startu. Po chwili dogoniłem „peleton” i próbowałem złapać odpowiedni rytm biegu – czyli nie biec za szybko. Po kilku(?) kilometrach dotarliśmy do punktu, w którym każdy z uczestników dostawał „smycz” – czerwona dla biegaczy indywidualnych, czarna dla sztafet. Za jakiś czas, w kolejnym punkcie do smyczy mogliśmy podpiąć kartę z miejscami do zaliczenia na trasie. Zaliczanie polegało na tym, że w kolejnych punktach, do których dobiegaliśmy, czekali żołnierze i kasowali nasze karty dziurkaczami z różnymi symbolami. Bardzo fajna formuła biegu, rzeczywiście historyczno-przygodowa.

Z każdym przebiegniętym kilometrem byłem coraz bardziej pozytywnie zaskoczony, a wszystkie przedstartowe obawy zostały rozwiane. Ledwo zdążyłem podpić z butelki parę łyków, a tu pojawił się wodopój... mimo to uzupełniłem butelkę, bo pomyślałem, że teraz pewnie będzie dłuższa przerwa. Nic z tych rzeczy... Zaraz był następny punkt z napojami. I tak do końca, przez 63 kilometry. Punkty nawadniania były rozmieszczone z częstotliwością niespotykaną nawet na miejskich biegach ulicznych. Ani razu nie doszło do sytuacji, że opróżniłem zapas wody do końca, a kilka punktów z piciem po prostu ominąłem.

 

 Podczas ultramaratonu nie brakowało ani picia, ani jedzenia

 

Co ciekawe, można było napić się nie tylko wody i izotoników. Była też cola, soki, pyszne napoje własnej produkcji (z miętą, cytryną, miodem) wystawiane przy trasie przez kibiców. Te spontanicznie zorganizowane punkty żywienia, to była rewelacja. Życzliwi ludzie, którym należą się wielkie podziękowania. Oprócz wsparcia dobrym słowem udzielali konkretnej, bardzo potrzebnej pomocy. Były kurtyny wodne z węży ogrodowych, wystawione miski z wodą, żeby móc się ochłodzić i poczęstunek dla głodnych i spragnionych.

Przed biegiem bałem się, że pomylę trasę? Śmiałem się teraz z tego. Tu nie dało się zabłądzić. Oznakowanie perfekcyjne. Na każdym kilometrze kilka tabliczek informujących, że jesteśmy na właściwym szlaku. Przed każdą zmianą kierunku, odpowiednio umieszczone strzałki. W sumie tych znaków na trasie biegu było zapewne kilkaset(!). Dodatkowo, w wielu newralgicznych miejscach stali strażacy, wolontariusze, żołnierze, policjanci, którzy kierowali w odpowiednią stronę, gdyby komuś przyszło do głowy pobiec inaczej.

Kolejna rzecz, która rzuciła mi się w oczy i dzięki której można było poczuć się bardzo bezpiecznie – patrolowanie trasy biegu przez strażaków na quadach... Jeździli wzdłuż trasy i obserwowali kondycję biegaczy, podpytywali czasem czy wszystko w porządku, a nawet podwozili wodę w butelkach(!).

Najwięcej zależy od głowy

Było już o piciu, więc może parę słów o jedzeniu. Zabrałem ze sobą żele, bo nie spodziewałem się wielkiego dokarmiania po drodze. A tymczasem banany, arbuzy jakieś bakalie... To jeszcze rozumiem, ale różnych słodkości było tyle, że musiałem odwracać wzrok, żeby nie ulec pokusie... Ciasta, placki, babeczki, muffinki a nawet cukierki czekoladowe (Michałki itp.) w forcie Janówek. Na trasie odbywał się chyba jakiś Festiwal Ciast, a każdy kolejny punkt chciał przebić ofertą poprzednika. W przyszłym roku chyba nie wezmę nic ze sobą na drogę i skorzystam z tych dobroci. Będzie to pewnie jedyny mój bieg gdzie na mecie będę ważył więcej niż na starcie.

O swoim biegu za wiele nie będę się rozpisywał. Teoretycznie nie powinienem go w ogóle ukończyć. Byłem kompletnie nieprzygotowany, bez znajomości trasy, niewyspany, przemęczony... Po raz kolejny jednak przekonałem się, że najwięcej zależy od głowy. Bardzo dużo można zdziałać siłą woli. W pierwszej fazie pilnowałem się tylko, żeby nie biec za szybko – ot, takim tempem, żeby nie czuć zmęczenia (na takim dystansie zmęczenie samo przyjdzie). Dobiegłem tak do 45. kilometra (Poddębie – punkt z colą, a obok bar z piwem). Tu wiedziałem już, że dotrę do mety poniżej założonych 7 godzin. Od tego momentu na odkrytej przestrzeni (słońce już mocno grzało) zacząłem się oszczędzać i przechodziłem do szybkiego marszu. Gdy był las lub trochę cienia – znów biegłem, chociaż im bliżej końca tym było ciężej i musiałem toczyć ze sobą walkę, żeby zmusić się do biegu.

 

Kolejny punkt kontrolny zaliczony (fot. Darek Ślusarski)

 

Na pierwszych kilometrach usłyszałem rozmowę innych biegaczy o jakiejś wieży, na którą będziemy wbiegać. Nie wiem czemu, wyobraziłem sobie, że to będzie wieża obserwacyjna w lesie i wypatrywałem jej co jakiś czas. Tymczasem okazało się, że na 59. kilometrze wbiegamy na... wieżę kościoła w Wieliszewie. Widziałem, że dla niektórych była to trudna przeszkoda. Dla innych – w tym dla mnie – bardzo miłe urozmaicenie. Po prawie 60 kilometrach biegu po płaskim wreszcie mogły popracować przez chwilę inne mięśnie. Przy okazji robiłem za kuriera... Dostałem od grupki mundurowych na dole przesyłkę w postaci papierosów dla żołnierza na wieży. Na górę wbiegło mi się lekko i podobnie lekko zbiegło.

Idealne miejsce na początek przygody z ultra

Nieoczekiwanie ostatnie kilometry okazały się najtrudniejszym fragmentem trasy. Było już słychać i widać okolice mety, tymczasem my się od niej oddalaliśmy. Myśl, że każde przebiegnięte 100 metrów trzeba będzie pokonać ponownie w drugą stronę, była mało przyjemna. Na szczęście wreszcie trasa zaczęła lekko skręcać i odbiła w stronę lasu. Tam ostatni punkt kontrolny i jeszcze jakieś 2,5 kilometra, finisz, meta.

Na mecie odebrałem medal, zjadłem na szybko kiełbasę z pomidorem i ogórkiem i przy okazji zamieniłem parę słów z współbiesiadnikami. Wszyscy podobnie jak ja byli pod wrażeniem organizacji i atmosfery biegu. Poza tymi, którzy byli tu po raz kolejny. Ktoś zapytał: „biegałeś już kiedyś w Wieliszewie? Nie? Tu jest tak zawsze”.
Niestety, musiałem już wracać i nie mogłem skorzystać z innych atrakcji w strefie dla finiszujących i nawet nie wiem co było we wszystkich porozstawianych tam namiotach. Widziałem, że można było skorzystać m.in. z masaży i basenów wypełnionych zimną wodą – świetna sprawa dla zmęczonych po 63 kilometrach nóg.

Wróciłem z biegu w świetnym humorze, z postanowieniem, że wystartuję tu za rok. Tylko już mam dylemat – czy starać się „złamać szóstkę”, czy też biec na luzie i cieszyć się każdym kilometrem...

 

 Trasa biegu była bardzo urozmaicona, a żaden odcinek się nie powtarzał (fot. Darek Ślusarski)

 

Polecam Ultramaraton Powstańca wszystkim, którym chodzi po głowie rozpoczęcie przygody z "ultra". Jeśli masz na koncie kilka/kilkanaście przebiegniętych maratonów i chcesz spróbować czegoś więcej – to to jest idealne miejsce (jeśli ktoś nie czuje się na siłach zmierzyć z takim dystansem samodzielnie, to jest jeszcze sztafeta). Trasa jest różnorodna – przez lasy, łąki, wałem rzeki, częściowo też po asfalcie. Jest trochę piachu, trochę korzeni, nie ma podbiegów oprócz wbiegu na wały i wieżę kościoła. Można pobiec w zwykłych butach, najlepiej dość lekkich. Ja w tym roku wystartowałem w terenówkach na biegi górskie i niestety dwa paznokcie zejdą. W przyszłym pobiegnę w lekkich startówkach. Jakby nie liczyć 65 tysięcy kroków razy 100 gram = 6 500 000 g :) Tak, tak... biegnąc w butach 100 g cięższych, przenosimy na takim dystansie o 6,5 tony więcej. Jeszcze jeden plus trasy – nie biegamy jak koń w kieracie okrążeń po pętli. Każdy kilometr jest jedyny, niepowtarzalny.

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się więcej o biegu to warto wejść na stronę facebookową Ultramaratonu Powstańca. Są tam zdjęcia (kilka zamieściłem tutaj), filmy, relacje. Stamtąd dowiedziałem się, że wśród organizatorów jest Paweł Kownacki, wójt gminy Wieliszew, który przebiegł cały dystans. Czyli potwierdziła się moja teoria, że najlepsze imprezy biegowe robią biegacze.
Jest tam też ankieta co można poprawić w następnej edycji biegu? Naprawdę nie wiem. Jest perfekcyjnie. Wystarczy utrzymać ten poziom, a wkrótce do Wieliszewa będzie przyjeżdżała cała Polska, bo naprawdę warto...

 

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~misioUżytkownik anonimowy
~misio :
No photo~misioUżytkownik anonimowy
Polecam bieg Jurunda w Szczytnie na Mazurach , impreza bez napinki kameralna atmosfera, bogate pakiety.
11 sie 16 10:41 | ocena:100%
Liczba głosów:2
100%
0%
Link do tego komentarza: