Śmiganie Szmiga: Życiówka w debiucie

Maciej Szmigielski debiutował w biegu na 10 km
 /  fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Maciej Szmigielski 12-11-2014 | 08:55

Autor:

Po dwóch maratonach i półmaratonie przyszedł czas na 10 km i Bieg Niepodległości w Warszawie. Siłą rzeczy musiał się zakończyć życiówką

Miejsce bardzo dalekie, ale czas całkiem niezły jak na biegacza, "dźwigającego" ponad 100 kilogramów. Teoretycznie miało już nie być startów w tym roku. Ale skoro na wieszaku w domu jest jeszcze sporo miejsca na medale, a była okazja do debiutu na 10 kilometrów, to należało z niej skorzystać. Dla kogoś, kto wcześniej pokonywał dwa lub cztery razy dłuższe dystanse i stawiał przede wszystkim na wydolność, 10 kilometrów też stanowi wyzwanie. Uznałem, że skoro ma to już być ostatni start w roku, to trzeba się pościgać. Przy czym mówimy o ściganiu z samym sobą, żeby złamać godzinę. Marzeniem był czas na 59:59 i taki został też zadeklarowany w zgłoszeniu.

Przegadana dycha

Jednak biegnąc w małej grupie holujących przez cały dystans osób z redakcji (Elwira Sochacka i Przemek Osiak - dzięki za pomoc i cierpliwość) wystartowaliśmy "z grubej rury", czyli z myślą o urwaniu kilku minut z zadeklarowanej godziny. Do tej pory dycha zajmowała mi na treningach około godziny i 4-5 minut. Wydawało się, że urwanie raptem pięciu minut będzie w miarę prostym zadaniem. Teoretycznie więc tak, ale i nie.

Biegając zawsze samemu trudno jest nagle startować w kilka osób. Niemal cały bieg więc przegadałem, co pewnie kosztowało kilkadziesiąt sekund, ale z drugiej strony człowiek na chwilę zapominał o "zabójczym" tempie 5'40'' na kilometr. Dodatkowo "biegła" z nami kamera na pałąku, więc trzeba było przynajmniej udawać, że się źle nie wygląda, co i tak nie za bardzo się udało.

Bieg z czerwonym krawatem

Sam bieg jak zwykle fascynował ludźmi, których pokłady optymizmu są ogromne. Na starcie niemal sprint, potem jednak po dwóch kilometrach już tylko trucht z czerwonym krawatem, czytaj językiem. I zamiast iść sobie bokiem, łażą środkiem, tarasując drogę rozpędzonym - w moim przypadku to jak najbardziej odpowiednie określenie - do granicy 5'40''/km biegaczom. Takie tempo udało się utrzymać niemal do końca. Ostatnie pięćset metrów miało być imponującym finiszem. Jednak zacząłem za szybko, więc ostatnie 100 metrów było już na półświadomości i straciłem do moich zająców dwie sekundy. Za rok może się odkuję.

Generalnie ze startu trzeba być zadowolonym. Była zaplanowana życiówka, atmosfera też zdecydowanie lepsza niż na maratonach. Hymn przed biegiem, orkiestra wojskowa na trasie, naprawdę ładna koszulka, w którą udało się w końcu wcisnąć. Można więc tak istotny dzień spędzić w rozsądny sposób i spalić tysiąc kalorii w bardziej sensowny sposób, niż rzucanie kamieniami w policję. Cała otoczka biegu daje nadzieję, że kiedyś będzie się o nim mówiło znacznie więcej, niż o wieczornym marszu osób, które też biegają, ale tylko wówczas, gdy uciekają z zasłoniętymi twarzami przed policją.