Śmiganie Szmiga (10): Zejście z trasy maratonu nie jest porażką

Na bieganiu świat się nie kończy
 /  fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Maciej Szmigielski 01-10-2014 | 17:27

Autor:

Zamiast sukcesu w postaci pokonania trzeci raz w życiu, dystansu 42,195 km, Maraton Warszawski stał się jednym z bardziej kuriozalnych wydarzeń w moim życiu - mówi dziennikarz "Przeglądu Sportowego" Maciej Szmigielski.

Przygotowania miałem podobne jak przed poprzednimi startami. Piątek i sobota to sporo makaronu i jeszcze więcej wody. Spacery, relaks, odbiór pakietów startowych, przygotowanie ciuchów. Wszystko do soboty wieczorem przebiegało zgodnie z planem, nastrój był bojowy, cel też określony - spróbować cały dystans przebiec, bo rok wcześniej skurcze na 34. kilometrze spowodowały przymusową przerwę. Wiosną natomiast widać było brak przygotowań, co też kosztowało kilkanaście minut.

Tym razem problemy zaczęły się nie na którymś kilometrze, tylko już w nocy z soboty na niedzielę. Kilka wizyt w toalecie, brak snu, rozpaczliwe szukanie w domowej apteczce węgla i stoperanu. Człowiek cały rok nie miał takich przebojów i akurat kilka godzin przed startem wszystko zaczęło się sypać, a w zasadzie lać.

Rano jednak było trochę lepiej, więc jest decyzja - trzeba jechać na start i spróbować. Nie ścigać się z nikim, biec swoim tempem, po drodze pogadać z innymi, dobiec, zgarnąć medal, wrócić do domu i mieć radochę.

Pierwsze 5 kilometrów jakoś poszło, ale później zaczął się dramat, który trwał ponad godzinę i ostatecznie zakończył się zejściem z trasy. Rotawirus spowodował takie spustoszenie w organiźmie, że z człowieka zrobił się niemal wrak. Trudno nawet opisać, jak człowiek klnie, gdy kończy jeść banana, a już czuje, że banan chce się wydostać. A pół kubka wody również zwraca się szybciej, niż się wypiło. Zamiast biegu jest najpierw trucht (chociaż w moim przypadku różnica naprawdę jest znikoma), potem marsz, a potem już tylko powolny spacer. Sygnałem, że to wszystko nie ma sensu były dwa łyki napoju izotonicznego, które dosłownie przelały czarę goryczy.

Dla sportowców lub amatorów, którzy do tego całego biegania podchodzą, jak na mój gust oczywiście, zbyt poważnie, zejście z trasy to pewnie klęska, dramat, powód do wstydu. Dla mnie rezygnacja w trakcie biegu nie stanowiła problemu. Za bardzo cenię swoje zdrowie, zbyt dużo poświęciłem w ostatnich dwóch latach na zrzucenie 30 kg, żeby ryzykować i za wszelką cenę dojść do mety. Widziałem nagranie kolegi, który całkowicie odwodniony dotarł na metę półmaratonu, ale ostatnie kilkaset metrów pokonał zygzakiem, a świadomość odzyskał dopiero po podłączeniu do kroplówki w szpitalu.

Człowiek schodzi więc na 15 kilometrze z trasy, cały czas ma na oku TOI-TOI-e, bo skoro były potrzebne kilka razy, to pewnie jeszcze nie raz się przydadzą. Generalnie przerwanie biegu jest wielkim problemem logistycznym. Jak wrócić na start, gdzie zostawiło się rzeczy? Jak zadzwonić do rodziców, żeby jednak nie czekali na 30. kilometrze, żeby dopingować syna? I jak zatrzymać armegedon w żołądku i jelitach, mając przy sobie jedynie żel energetyczny?

Należało więc po kolei rozwiązywać problemy. Pierwszy to telefon do rodziny. Jest strażnik miejski, może po raz pierwszy do czegoś się przyda. Nie chce udostępnić telefonu na półminutową rozmowę, zamiast tego komentuje, że takich biegaczy, co schodzą z trasy powinno się karać. Facet z brzuchem niemal tak wielkim, jak jego służbowy Fiat Panda jest zachwycony swoim beznadziejnym poczuciem humory. Pewnie nie byłby w stanie przejść kilometra.

Bardziej pomocny okazuje się policjant. Daje zadzwonić, radzi, jak dojechać na start, bo przecież pół miasta zablokowane przez maraton. Nagle człowiek zastanawia się i dochodzi do wniosku, że trasa Maratonu Warszawskiego rzeczywiście może wściekać ludzi, którzy tym wydarzeniem nie są zainteresowani. Udaje mi się jednak znaleźć autobus zastępczy, który dojeżdża na Stadion Narodowy. Tam akurat impreza, bo najszybsi wbiegli niedawno na metę. Człowiek wściekły i osłabiony odbiera swoje rzeczy i chce już tylko jak najszybciej wrócić do domu. Potem kilka telefonów do rodziny i znajomych, wpis na Facebooka, że tym razem się nie udało, przeczytanie kilku śmiesznych komentarzy znajomych i przyjaciół, a olanie żartów naprawdę niskich lotów. Wieczorem jeszcze wejście na wagę, gdzie okazuje się, że człowiek w kilkanaście godzin stracił ponad 5 kg. To jednak bardzo wątpliwej jakości dieta.

A teraz jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Bieganie nie jest dla mnie religią, nie jest czymś nadzwyczajnym, nie jest sensem życia. Jest jedynym na razie sprawdzonym sposobem, który pozwolił mi zrzucić kilkadziesiąt kilo i w jakiś sposób zmienić życie. Dzięki bieganiu człowiek zmienił spodnie w rozmiarze 44 w pasie na zdecydowanie mniejsze i powoli przymierza się do 36. Dzięki bieganiu udało się rzucić niemal całkowicie papierosy. Bieganie też spowodowało, że inaczej się patrzy na kwestie odżywania, ma się kolejny temat do rozmów. Ale nigdy nie będzie ono na pierwszym miejscu. Więc zejście z trasy maratonu nie jest porażką. Jest po prostu ciekawym doświadczeniem. Tak naprawdę znacznie więcej radości od przebiegnięcia kilkunastu kilometrów daje telefon od kolegi z pracy, który zaczął stosować polecany przeze mnie program i rozpoczął walkę, którą ja toczę od ponad dwóch lat.

Czytaj też inne odcinki Śmigania Szmiga: cz.1, cz. 2, cz 3, cz. 4, cz. 5, cz. 6, cz. 7, cz. 8, cz. 9

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~AmatorUżytkownik anonimowy
~Amator
No photo~AmatorUżytkownik anonimowy
do ~koza:
No photo~kozaUżytkownik anonimowy
1 paź 14 21:13 użytkownik ~koza napisał
Dobrze, że zszedles, a nie musieli Cię znosić ;) A tak w ogóle, to mocni amatorzy też czasem schodzą, jak wiedzą, że nie zrobią założonego czasu, a dystans jest poważny. Szkoda organizmu na kiepski czas. Bez wstydu.
Problem ze "wstydliwym?" schodzeniem z trasy maratonu dotyczy głównie tych wolniejszych biegaczy lub biegających od niedawna neofitów, dla których samo dotarcie do mety jest celem samym w sobie a ukończenie biegu jest wyczynem ostatecznym. Z tej perspektywy mogę to jakoś zrozumieć. Ci "de facto" maratończycy uwielbiają się następnie pastwić nad słabszymi biegaczami, którzy z rożnych przyczyn nie byli w stanie ukończyć biegu co w oczywisty sposób uwypukla ich heroiczny wyczyn dotarcia do mety.
Inną kwestią jest świadome zejście z trasy zaawansowanego biegacza/zawodowca, który na pewnym etapie biegu zdaje sobie sprawę z braku możliwości osiągnięcia zakładanych przed biegiem celów (czasowych oczywiście), czy to na skutek pogody, słabszej niż zakładał formy, jakiegoś urazu (kolka itp). Nie ma w tej sytuacji sensu eksploatować organizmu by tylko dotrzeć do mety, to nie jest głównym celem. Racjonalne jest tutaj zejście aby przyspieszyć regenerację przed kolejnym biegiem czy cyklem treningowym. Chyba, że to jakiś istotny bieg, na Olimpiadzie czy Boston, wtedy nawet jakiś czas zamiast DNF ma swoja wartość koło nazwiska.
20 sie 15 10:26 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~kozaUżytkownik anonimowy
~koza :
No photo~kozaUżytkownik anonimowy
Dobrze, że zszedles, a nie musieli Cię znosić ;) A tak w ogóle, to mocni amatorzy też czasem schodzą, jak wiedzą, że nie zrobią założonego czasu, a dystans jest poważny. Szkoda organizmu na kiepski czas. Bez wstydu.
1 paź 14 21:13
Liczba głosów:0
0%
0%
| odpowiedzi: 1
Link do tego komentarza: