Śmiganie Szmiga (10) - Uwaga na skórki od bananów!

Maciej Szmigielski zadebiutował w półmaratonie
 /  fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Maciej Szmigielski 02-09-2014 | 11:05

Autor:

Dziwnie się debiutuje w półmaratonie, mając za sobą już dwa maratony. Może nie przebiegnięte, ale pokonane.

Jeśli jednak trasa półmaratonu przebiega kilkaset metrów od domu, to trzeba w takim wyścigu wziąć udział. Tak było z pierwszą edycją BMW Półmaratonu Praskiego. Było to ciekawe doświadczenie, zarówno od strony organizacyjnej, jak i sportowej.

To była pierwsza edycja biegu, którego trasa jest w założeniu genialnie prosta. 10 kilometrów w jedną stronę i 10 kilometrów z powrotem w przeciwnym kierunku. Do tego ze trzy zakręty i już jest meta. Jedni narzekali na trasę, że nudna, że ulicą, gdzie po bokach są tylko ekrany akustyczne i żadnych atrakcji. Jednak taka trasa pozwoliła mieć jakąkolwiek styczność z zawodowcami i czołówką biegu. W normalnych zawodach amator nie ma szans zobaczyć zwycięzców. Gdy stratuje, oni mają już za sobą część dystansu, gdy jest się w połowie drogi, oni już są na mecie. Ale w niedzielnym półmaratonie można było zobaczyć czołówkę, w tym zwyciężczynię – Iwonę Lewandowską, która mieszka po sąsiedzku i w sumie też mogła na miejsce startu dotrzeć na piechotę.

Trasa była więc wielkim plusem, zwłaszcza dla kogoś, kto dopiero rozpoczyna karierę biegacza w większych zawodach. Gorzej było jednak z organizacją. Już na pierwszym stanowisku zabrakło wody. Na pozostałych już była, ale brakowało kubków, więc każdy dostawał półtoralitrową butlę. Z półmaratonu zrobił się więc bieg z ciężarami. Przykro było też patrzeć, jak wiele osób brało dwa łyki, a następnie wyrzucała butelki, częściej na bok, ale też po prostu za siebie. Należało więc omijać dodatkowe przeszkody. Zresztą takich było w tym wyścigu więcej. Nawet ktoś rzadko startujący w zawodach zdążył już zauważyć, że banany podaje się obrane. W tym wyścigu obrane nie były, więc trzeba było zrobić to samemu. Kilka osób wyłożyło się na skórkach...

Nietypowy był widok osób, które sprawdzały, czy w leżących na ziemi butelkach zostało trochę wody. Zamiast biec, niektórzy robili z kilku butelek zlewkę do jednej. Za to na plus zapisać trzeba solidarność wśród biegnących, zwłaszcza tych na gorszy czas. Gdy już ktoś zdobył na pierwszym stanowisku butelkę, to przekazywał ją kolejnym chętnym.

Następną wątpliwą atrakcją było omijanie dwóch zdechłych kotów, które jeszcze były w miarę świeże. To oznacza, że zostały przejechane przez samochody na kilka godzin przed zamknięciem ulicy dla biegaczy. Czyli nikomu nie chciało się niestety sprawdzić, czy ulica jest czysta.

Problemem były też służby medyczne, a w zasadzie ich brak. Kilku zawodników na trasie straciło przytomność (może przez brak wody?), ale mogli liczyć przede wszystkim na pomoc rywali, bo innych skorych do udzielania pomocy jakoś widać nie było. Podobnie jak bananów na mecie, które być miały, ale szybko się skończyły.

Jednak wymiana samych minusów byłaby mimo wszystko niesprawiedliwa. Na pewno na plus trzeba zapisać naprawdę ładne medale, zdecydowanie bardziej efektowne od tych z zeszłorocznego Maratonu Warszawskiego. Plusem będzie również, jeśli organizatorzy wyciągną wnioski i za rok się poprawią. Bo na razie hasło BMW kojarzy się jako Bardzo Mało Wody.

Czytaj też inne odcinki Śmigania Szmiga: cz.1cz. 2cz 3cz. 4cz. 5cz. 6cz. 7cz. 8, cz.9