Pogromca czterech pustyń

Na Antarktydzie Andrzej Gondek zajął 4 miejsce
 /  fot. 4deserts.com  /  źródło: Materiały prasowe
21-11-2014 | 23:44

Autor: Tomasz Łyżwiński

- Na pustynię brałem czasem mniej picia niż regulaminowe 1,5 l. By było lżej - mówi Andrzej Gondek, jeden z trzech polskich biegaczy w elitarnym gronie zdobywców Wielkiego Pustynnego Szlema.

Tomasz Łyżwiński: W biegowym dorobku ma pan już m.in. Koronę Maratonów Polskich, i Maraton Piasków, ale 4Deserts to chyba największe wyzwanie w karierze?

Andrzej Gondek: Rzeczywiście. Maraton Piasków to było wydarzenie, ale bieg przez cztery pustynie, w czterech różnych miejscach w ciągu jednego roku, to coś wyjątkowego.

Więcej zdrowia kosztowała sama rywalizacja, czy może przygotowania finansowe i logistyczne?

Andrzej Gondek: Wszystko było wielkim wyzwaniem. Sportowo musieliśmy być na wysokim poziomie, by przeżyć za każdym razem te 6 dni na pustyni i nie stracić zdrowia, czy nawet życia. Właściwie od półtora roku byliśmy w katorżniczym treningu. Pierwszy start był w lutym tego roku na jordańskiej pustyni Wadi Rum. Przygotowania zaczęły się już w lipcu poprzedniego roku. Podobnie było z finansami. Pieniądze zaczęliśmy zbierać już o wiele wcześniej. Na szczęście nie trzeba było wpłacać wszystkiego od razu, ale sukcesywnie przed każdą kolejną imprezą. Cała biegowa czołówka ma swoich sponsorów i o pieniądze nie musiała się martwić. My właściwie dzięki sponsorom mieliśmy tylko zabezpieczenie sprzętowe. Z resztą wyposażenie sprawdziło się. W jednej parze butów zaliczyłem nawet trzy pustynne starty. Były wygodne i wytrzymały w ekstremalnych warunkach. Innym wielkim wyzwaniem było pogodzenie całego przedsięwzięcia z obowiązkami rodzinnymi. Pionformowanie żony o planach było dla niej szokiem. Myślała, że oszalałem. Jak zorganizować życie rodzinne przy dwójce dzieci, jeśli człowiek ma w planach cztery długie wyjazdy? Wyliczyliśmy, że nie będzie mnie w domu dwa miesiące. Wytłumaczyłem jednak, że to będzie rozbite na kilka okresów, szybko minie itd. Ale nie było to łatwe. Kiedy zbliżał się termin wyjazdu dzieci zadawały pytania: Tato, czy musisz tam jechać? A czy nie będzie za ciężko? Widać było, że też przeżywają to na swój sposób. Żona była bardziej nerwowa, chociaż generalnie zachowała sie wspaniale. Kiedy już zaakceptowała to moje przedsięwzięcie, to nie robiła mi żadnych problemów. Na miesiąc przed startem starała się nawet przejmować moje obowiązki w domu, bym mógł się jak najlepiej przygotować do biegu. Kolejnym wyzwaniem było pogodzenie wszystkiego na płaszczyźnie zawodowej. Nie mam własnej działalności i nie mogę zawiesić swojego funkcjonowania, kiedy mam na to ochotę. Na szczęście mój pracodawca dał mi zielone światło i nawet mocno mnie wspierał w trakcie realizacji całego projektu. Innym aspektem było dodatkowe obciążenie mentalne. Całe przygotowania odbywały się kosztem życia rodzinnego. Starałem się to zminimalizować. Często chodziłem trenować, kiedy dzieci poszły spać, czyli o 9 wieczorem i wracałem koło północy. W weekendy wybiegania zajmowały mi kilka godzin. Człowiek chciałby też pojechać np. na urlop z rodziną, ale to było niemożliwe. To wszystko mocno oddziaływało na psychikę. Tych wyzwań było mnóstwo. Przed, w trakcie, a nawet po zawodach.

Był taki moment, że myśleliście o wycofaniu się?

Andrzej Gondek: Byliśmy bardzo zdeterminowani. Wiedzieliśmy, że każda pokonana pustynia przybliża nas do celu. Ciężkie chwile przeżywaliśmy po drugim biegu - na pustyni Gobi. Przed nami były jeszcze zmagania na Atacamie oraz na Antarktydzie. Jeden z uczestników rywalizacji, bardzo doświadczony ultramaratończyk z Danii, powiedział mi wtedy "Andrzej, pamiętaj tylko co jest twoim celem. Przebrnięcie przez Atacamę z bardzo dobrym wynikiem? Czy dotarcie do mety ostatniego etapu na Antarktydzie?" Łatwo jest wykończyć organizm. Na drugim etapie na Atacamie, biegnąc w czołówce miałem upadek. Spadłem z dość stromej kamienistej grani. Jakieś 2-3 minuty dochodziłem do siebie i właśnie wtedy dotarło do mnie pytanie, co jest moim celem?. Kiedy ambicja oznacza pewne ryzyko, a kiedy jest głupotą? Moja duża ambicja otarła sie o głupotę. Na szczęście skończyło się tylko na otarciach i zadrapaniach. Ruszając dalej obiecałem sobie, że powalczę na Anytarktydzie, ale najpierw muszę zadbać by tam dotrzeć w jednym kawałku. W ostatnim biegu będę mógł pójść na całość. W najgorszym wypadku na metę doczłapię się na czworaka, ale się doczłapię.

 

Ultra bieg Andrzej Gondek Marek Wiekiera Daniel Lewczuk

 

Jak człowiek pokonuje bezkresne pustynne przestrzenie, to co mu chodzi po głowie?

Andrzej Gondek: Sztuką jest oddzielenie głowy od ciała. Ciało już po pierwszych kilometrach daje sygnały, że coś złego się z nim dzieje, że jest ciężko, gorąco, zimno, że bolą ścięgna, pękają odciski itp. Głowa wtedy musi biec osobno, myśleć o czymś przyjemnym, by zneutralizować te negatywne impulsy. W przeciwnym razie może pojawić się myśl o poddaniu, która będzie dojrzewać przez godzinę, trzy, czy pięć. W końcu można się załamać. Dlatego trzeba czymś zająć tę głowę. Wtedy pojawiają sie myśli o rodzinie, jakieś wizualizacje, dzielenie głównego celu na mniejsze etapy itp. Czasami wyobrażam sobie, że na punkcie kontrolnym, czy etapie czekają na mnie najbliżsi. Dużo daje też wsparcie od kibiców. Czytanie wpisów dodaje otuchy. Potem je sobie na trasie odtwarzam w głowie i to bardzo motywuje. Innym moim sposobem na przetrwanie jest komentowanie wydarzeń na trasie. Często oglądam relacje sportowe z różnych dyscyplin. To są wielkie emocje. Kiedy słyszę Tomasza Zimocha w radiu, czy Włodzimierza Szaranowicza komentującego lekką atletykę, to robi wrażenie. Potem biegnąc na pustyni, sam widzę siebie w takiej roli. W głowie, komentatorskim głosem, przedstawiam rywalizację i swoją sytuację na trasie. To trwa nawet kilka godzin i bardzo pomaga.

Na trasie polska ekipa stanowiła team?

Andrzej Gondek: Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Można było do rywalizacji zgłosić trzyosobowy zespół, ale wtedy trzeba biec cały czas razem - odległość między zawodnikami nie może być większa niż 20 metrów. My prezentowaliśmy różny poziom przygotowania dlatego każdy biegł sam. Wspieraliśmy się jednak cały czas i wymienialiśmy doświadczenia. Przyjaźń w takich warunkach dojrzewa bardzo szybko. Jak w inkubatorze.

 

Ultra bieg Andrzej Gondek Marek Wiekiera Daniel Lewczuk

 

Wymiana doświadczeń przydała się na pewno przy przygotowaniu ekwipunku...

Andrzej Gondek: Tak, bo to skomplikowana pracedura. Generalnie waga plecaka musi mieścić się w przedziale 7-15 kg. Tak naprawdę znaczenie ma każdy gram. Po przewiezieniu produktów przez granicę przekładaliśmy je zwykle z orginalnych opakowań w inne - lżejsze. Byli też zawodnicy, którzy po spakowaniu plecaka ściągali mocno wszystkie sznurki oraz taśmy i obcinali to co wystawało. Zawsze to parę gram oszczędności. Ja np. nie zabieram w ogóle karimaty, waży ona ok. 180 gram. Po dotarciu do mety etapu śpię na gołej ziemi w namiocie. W ubiegłym roku na Maratonie Piasków mój plecach ważył 10 kg. Teraz doszedłem już do 7,5 kg, bez napojów. Limit picia to 1,5 litra na odcinek (ok. 10 km-red.), ale czasami wystarczy nawet pół litra. Zawsze to lżej. Wszystko zależy od warunków. Były sytuacje, kiedy człowiek pocił się niemiłosiernie, a były też odcinki, że można było przebiec 30 kilometrów na 750 mililitrach elektrolitu. Zwykle pokonywaliśmy 40-50 km dziennie oraz jeden raz długi etap - od 66 do 90 km.

Z wyjątkiem Antarktydy...

Andrzej Gondek: Tam wszystko wygladało inaczej. Nie było wiadomo do ostatniej chwili w którym miejscu będziemy biegać i jak długo. Organizatorzy np. ogłaszali, że na 4-kilometrowej pętli będziemy rywalizować 6 godzin, a potem wydłużali czas do 8 godzin. Miało to kolosalne znaczenie. Ja jestem w stanie pokonać 40 km zjadając dwa enegetyczne batony, więc nie zabieram więcej. Jeśli dystans jest większy, wszystko się zmienia, bo trzeba robić zapasy.

 

Andrzej Gondek ultra maraton

 

Rzeczywiście na trasie bywa niebezpiecznie, czy wszystko jest pod kontrolą organizatorów?

Andrzej Gondek: Niebezpieczeństwo jest realne i to z wielu stron. Już podczas pierwszego startu w Jordanii kończyliśmy ostatni etap po zmroku przebiegając przez jakieś wioski. Akurat finiszowałem z liderującą wśród kobiet Australijką. Ludzie podbiegali, robili nam zdjęcia, ale były też ciemne typy, które nie patrzyły na nas zbyt przyjaźnie. Potem Australijka przyznała, że gdyby biegła  tam sama, miałaby duże obawy o swe bezpieczeństwo. Były też bardzo niebezpieczne fragmenty trasy. Kamieniste, wąskie ścieżki otoczone uskokami, które trzeba było pokonać nocą. Gdyby, ktoś gdzieś spadł, nieprędko by go znaleziono. Generalnie zasada na tych zawodach jest taka: Jeśli organizator ma wybór i może poprowadzić trasę drogą łatwą, średnią lub ekstremalnie trudną, to jest pewne, że zawsze wybierze ten najtrudniejszy wariant. Przed zawodami składamy około 20 podpisów pod dokumentami, które chronią organizatorów przed jakąkolwiek odpowiedzialnością.

Nie obawia się pan, że po tych wszystkich dokonaniach straci pan motywację do biegania?

Andrzej Gondek: To jest tak, że każde zawody ukończone na pustyni sprawiały, że rosło poczucie własnej wartości. Można się przekonać, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wtedy nabiera się jeszcze dodatkowej wewnętrznej siły.

Wystartuje pan jeszcze kiedyś razem z Markiem Wikierą i Danielem Lewczukiem?

Andrzej Gondek: Mamy taki plan, ale tym razem będzie to jedna impreza, a nie cały cykl. Każdy ma też swoje indywidualne cele. Ja mam zamiar wystartować we wrześniu w greckim Spartathlonie. Obiecałem żonie, że w najbliższym czasie nie będę szukał przedsięwzięć, które sprawią, że musiałbym spędzić poza domem parę miesięcy. Co innego ultramaraton. Pojedziemy razem, ja po dwudziestu paru godzinach dotrę na metę, a żona będzie tam na mnie czekać i wrócimy spokojnie do domu.