Oszukać przeznaczenie? Nie na maratonie w Poznaniu!

zobacz zdjęcia » Adam Maliszewski (niebieska koszulka) w Poznaniu poprawił życiówkę
 źródło: Materiały prasowe
18-10-2015 | 21:22

Autor: Adam Maliszewski

Oficjalnie zwycięzcą 16. PKO Poznań Maratonu został Emil Dobrowolski, ale w rzeczywistości triumfatorów było znacznie więcej. Jednym z nich okazał się Adam Maliszewski. Oto historia biegacza, który w Poznaniu poprawił życiówkę.

Wiele miesięcy ciężkich treningów. Setki kilometrów w nogach. Strategia na bieg. Start. Walka na trasie. Meta. Medal. Satysfakcja. Opcjonalnie jeszcze życiówka. Tak w kilku zdaniach można opisać przygotowania i udział w maratonie większości biegaczy. Moja przygoda z 16. PKO Poznań Maraton wyglądała jednak inaczej. Zacząłem biegać rekreacyjnie w Boże Narodzenie w 2012 roku. Na początku było to zwykłe klepanie niewielu kilometrów wieczorową porą, choć i tak dawało satysfakcję. W poprzednim sezonie zadebiutowałem w zawodach ulicznych zbierając pierwsze doświadczenia w półmaratonie, na dystansie 5 km i 10 km oraz na zakończenie sezonu w poznańskim maratonie. Czas 04:07:22 po bardzo asekuracyjnym biegu nie powalał, ale byłem zadowolony z samego faktu debiutu na królewskim dystansie. Spodobało mi się, więc udział w kolejnej edycji był tylko kwestią czasu.

Optymistyczna wiosna

Przez 2 lata moje treningi biegowe (poza pokonywanym dystansem) specjalnie się nie różniły – płaski teren i przed siebie (za bardzo nie polecam). Przełom nastąpił w lutym tego roku, gdy zacząłem biegać z For Run Team w ramach przygotowań do Wings for Life World Run. Założycielem i trenerem grupy jest Grzegorz Urbańczyk – zwycięzca Wings for Life World Run w 2014 roku. Poznałem nowe formy treningu, m.in. siłę biegową, czy interwały oraz wiele różnych ćwiczeń. Przekonałem się też, jak mocno różni się płaski teren od trudnych, górskich podbiegów na Dziewiczej Górze. Zupełnie inna jakość treningów zaowocowała życiówkami: 00:20:56 na 5 km, 00:43:04 na 10 km i 01:39:58 w półmaratonie. Do tego udana ucieczka przed catcher carem podczas Wings for Life World Run przez 29,13 km oraz czerwcowe podium z For Run Teamem w sztafecie maratońskiej XLPL Ekiden nad Maltą. Miałem po swojej stronie wszystkie atuty, aby z optymizmem myśleć o październikowym maratonie. Trochę się przeliczyłem...

Kontuzja

Zapomniałem o odpowiedniej regeneracji, odpoczynku i treningach uzupełniających. Intensywne, beztroskie bieganie połączone dodatkowo z trudami letniej sesji egzaminacyjnej na Uniwersytecie Ekonomicznym spowodowało, że po 2,5 roku bez żadnych komplikacji moja kariera biegowa została wyhamowana przez niespodziewany uraz. Zapalenie stawu śródstopno-palcowego palucha lewego. 103 dni przed maratonem. Kuśtykałem od chirurga do ortopedy i z powrotem, a wiadomo, jak wygląda leczenie przez NFZ... Po serii własnoręcznych zastrzyków w brzuch i kuracji antybiotykiem, chirurg stwierdził profesjonalnie, żebym moczył nogę w ciepłej wodzie z szarym mydłem, bo on mi już bardziej nie umie pomóc. Miałem wznowić treningi, jak przestanie boleć. Nadal czułem jednak dyskomfort, więc w drugiej połowie sierpnia odwiedziłem ponownie ortopedę. Po badaniach typu RTG i USG dowiedziałem się, że mam nie biegać jeszcze przez miesiąc. Sprzedałem nabyty już w kwietniu pakiet startowy na 16. PKO Poznań Maraton i nastawiłem się na kibicowanie maratończykom. 

 


Ekipa For Run Team na maraton w Poznaniu. Adam Maliszewski (pierwszy z lewej) został nieźle przygotowany do startu przez trenera Grzegorza Urbańczyka (drugi z prawej)  

 

Wygrany konkurs i maratońskie "przygotowania"

Na początku września na facebookowym profilu portalu Polska Biega natrafiłem na konkurs „Atuty maratończyków”. Dla zabawy wziąłem w nim udział, bo lubię wygrywać i nieoczekiwanie znalazłem się w gronie 10 laureatów. Pakiet startowy wrócił do mnie jak bumerang, ale z numerem startowym o ponad 6000 wyższym od pierwotnego (nieważne, kto ma jaki numer, ważne kto będzie wcześniej na mecie :-)). Skoro przeznaczenia nie udało mi się oszukać – musiałem pobiec. 18 września odwiedziłem ponownie ortopedę, który orzekł, że mogę w końcu wznowić treningi. Lekarz miał prawdopodobnie na myśli delikatny truchcik, ja miałem w planie maraton za 23 dni, ale nie rozwijałem kwestii co dla kogo znaczy „biegać”. Wypadało wziąć się za bezpośrednie przygotowania startowe. W lipcu praktycznie nie uprawiałem sportu. Od początku sierpnia intensywnie kręciłem kilometry na rowerze. Pływałem też sporo w Jeziorze Maltańskim, więc nie porwałem się na królewski dystans prosto z kanapy. Po dokładnie 82 dniach bez biegania (lipiec, sierpień i do 20 września kilometraż – 0) wyszedłem na trening. Przygotowania realizowałem równolegle z uczęszczaniem na zabiegi fizjoterapeutyczne stopy (lasery na regenerację, ultradźwięki przeciwbólowe). Zabiegi skończyły się we wtorek przed startem. Przed maratonem zdążyłem pokonać około 70 km, na co złożyły się 2 treningi siły biegowej na Cytadeli, 2 treningi interwałowe na bieżni na stadionie i 4 delikatne rozbiegania nad Maltą – najdłuższe na 8 dni przed zawodami (około 15,5 km). Poza tym pobiegłem sobie rekreacyjnie w Men Expert Survival Race na 5 km, bo podobno maraton nie powinien być pierwszymi zawodami po dłuższej przerwie... Ćwiczyłem też w domu, m.in. moje ulubione szóstki Weidera i trochę ćwiczeń ogólnorozwojowych. Tydzień przed startem przeprowadziłem rowerowy rekonesans całej trasy od startu do mety, żeby nic mnie nie zaskoczyło. Najbardziej obawiałem się podbiegu na ul. św. Wawrzyńca na 34 km trasy. Jeszcze dzień przed zawodami uczestniczyłem w lekkim rozruchu For Run Team z Jerzym Skarżyńskim i to by było na tyle.

Zawody

Budzik o 5:50. Minus 1 st. C na dworze. Trochę za zimno. Na śniadanie jogurt naturalny z musli, bananem i awokado. Na MTP dotarłem godzinę przed startem. Zdążyłem zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z częścią Teamu i po krótkiej rozgrzewce udałem się do strefy startowej. Wyszło słońce, które znacznie poprawiło komfort termiczny, choć i tak było chłodnawo. Zazwyczaj zawodnicy mają określony i możliwy do realizacji cel, strategię na pokonanie maratonu. Moja dyspozycja była wielką niewiadomą, więc założyłem sobie, że chcę:

a) ukończyć – mimo wszystko prawdopodobne

b) zrobić życiówkę (poniżej 04:07.22) – mało prawdopodobne

c) zejść poniżej 04:00.00 – stosunkowo problematyczne.

Miałem znaleźć „zająca” na 04:00.00, ale ustawiłem się przy pacemakerze na 03:45.00 i o 9:00 przy akompaniamencie „Chariots of Fire” Vangelisa (swoją drogą choć raz mogliby puścić coś innego, np. „Heart of Courage” Two Steps From Hell) ruszyliśmy na trasę. Ludzie wokół od początku chcieli realizować i realizowali swoje założenia. A ja nie mając nic do stracenia, poza ewentualnym odnowieniem kontuzji, chciałem się dobrze bawić. I jak się okazało 3,5 godziny później nieźle zabalowałem ;-)

 


Medal i rekord życiowy smakują wyjątkowo 

 

Scenariusz na Oscara

Czasami życie pisze najlepsze scenariusze. Ten dotyczący mojego maratonu zasługuje na Oscara. Emocje i adrenalina były spore, ale zacząłem bieg bardzo ostrożnie, żeby na początku trochę rozgrzać ciało. Krótkie spodenki i krótki rękawek bez żadnych rękawiczek, bez czapki, kompresów itp. to z perspektywy czasu dobry wybór. Zgubiłem szybko pacemakerów na 03:45.00, tych na 03:30.00 już nie dogoniłem, choć niewiele zabrakło. Na macie pomiarowej na 5 km miałem najgorszy prognozowany czas ukończenia biegu, który według STS Timing wyniósł 03:36.36. Po wielu tygodniach przymusowej przerwy mocno wypoczęte nogi rwały do przodu, a ja im na to ochoczo pozwalałem. Kibice robili swoje na poboczu. Zawodnicy walczyli na trasie. Wielu z nich zostawiłem w tyle. Kupiony 2 dni wcześniej na targach Poznań Sport Fair Garmin Forerunner 910XT HRM wskazywał długimi momentami tempo około 04:48 min/km. Bieg był naprawdę komfortowy. Niestety około 10 km na Drodze Dębińskiej okazało się, że przesadziłem z nawodnieniem wodą i izotonikami, przez co chcąc nie chcąc opuściłem na chwilę trasę, aby zadbać o nawodnienie przydrożnej roślinności. Tak się złożyło, że wielu biegaczy poczuło na tamtym etapie wyścigu ogrodnicze aspiracje, a co ambitniejsi postanowili nawet nawozić... Dalsza droga do celu była pozbawiona podobnych przygód. Jakoś nadrobiłem stracone sekundy. Wkrótce dogoniłem ultramaratończyka Piotra, z którym trenowałem w wiosennej części sezonu. Rozmawiając przebiegliśmy razem jakieś 10 km. Kolega również miał swój własny plan na maraton, więc w okolicach Franowa ponownie zostałem sam. Na połówce miałem 01:46:18. Dobry czas, ale musiałem uważać, żeby nie zepsuć wysiłku włożonego w pierwszy z dwóch półmaratonów.

Malta to moje tereny treningowe, więc zasuwałem aż miło. Kolejne kilometry biegłem idealnie równym tempem. W okolicach Śródki do walki zagrzewało nieoczekiwanie wielu znajomych kibiców. Dzięki! Średnie tempo do 30. km wyniosło 05:01 min/km, a prognoza upragnionej mety to 03:31:41. Właśnie na 30. km pod domem kibicowała mama. Żeby wrócić do siebie czekało mnie ciągle 12 km i 195 m rozrywki. I mniej więcej wtedy walnąłem sobie shota Chela Mag B6 Forte, którego wcześniej nie testowałem. Tego nie polecam najbardziej, nawet bardziej niż maratonu „na betona”, choć mój przypadek pokazuje, że jak się chce to można wszystko. Przymuliło mnie po małej buteleczce pomarańczowego paskudztwa już w Parku Sołackim, ale na szczęście na 32 km był punkt z wodą i organizm szybko się uspokoił. W sam raz na "najfajniejszą" atrakcję całej trasy, czyli podbieg na ul. św. Wawrzyńca. Wielu zawodników szło. Ja jestem fighterem, nie z tych, co się poddają, więc biegłem. Średnie tempo dotychczasowego dystansu spadło mi o 2 sekundy, a prognozowany czas ukończenia o 1 minutę i 24 sekundy. Słyszałem wiele razy „byle do stadionu”, ale na przełaj przez środek boiska po wyjątkowo nierównych płytach biegło mi się źle. Do tego nawrotka o 180 stopni na 38. km po biegu wzdłuż III trybuny. Ostatnie kilometry to walka z silnym wiatrem prosto w twarz (jakby nie mogło wiać w plecy...) na ul. Grunwaldzkiej i pilnowanie, aby nie złapać jakiegoś niepotrzebnego skurczu. Obyło się bez zbędnych atrakcji i dobiegłem sobie na luzie do mety maratonu, w którym jeszcze 5 tygodni temu miałem przecież nie biec.

 


 

Coś nieoczekiwanego

Satysfakcja jest ogromna. Aktualizacja życiówki, którą poprawiłem o 33 minuty i 40 sekund krótko po kontuzji to coś nieoczekiwanego. Czas netto 03:33.42. 1421 miejsce open na 6242 zawodników. Druga połówka tylko o minutę i 6 sekund wolniejsza od pierwszej. Miał być bieg na zaliczenie, a osiągnąłem największy sukces sportowy w mojej krótkiej karierze biegacza amatora. Zrealizowałem wszystkie założenia i mocno podniosłem sobie poprzeczkę na kolejny sezon. Na świeżości też można osiągać sportowe sukcesy. W kwietniu podczas ORLEN Warsaw Marathon powalczę o złamanie 03:30.00! Ale tym razem spróbuję się chociaż troszeczkę przygotować :-)

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~JędrekUżytkownik anonimowy
~Jędrek :
No photo~JędrekUżytkownik anonimowy
Wspaniały bieg po kontuzji. Adam jesteś WIELKI!!!!!!!!!!!!!
20 paź 15 17:38 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~Magda Użytkownik anonimowy
~Magda :
No photo~Magda Użytkownik anonimowy
Marzę o swoim pierwszym maratonie i zrobię, co mogę, żeby móc opowiedzieć komuś tak, jak Ty o swoim sukcesie. Wielkie gratulacje. Czas nie do pobicia! Rewelacja!
19 paź 15 22:09 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~zubekUżytkownik anonimowy
~zubek :
No photo~zubekUżytkownik anonimowy
Gratuluuję! świetny:) start! Mam nadzieję że PKO Poznań Maraton dał Ci energię do dalszego realizowania się sportowo
19 paź 15 13:15 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza: