Oskar Kaczmarczyk: Maratoński ból i duma

Oskar Kaczmarczyk na mecie OWM
 źródło: Materiały prasowe
11-05-2015 | 11:02

Autor: Oskar Kaczmarczyk

Udany maratoński debiut to spełnienie marzeń, czy pierwszy krok do czegoś jeszcze większego? O swym pierwszym starcie pisze Oskar Kaczmarczyk, trener siatkarzy, który z reprezentacją zdobył mistrzostwo świata.

Kiedy podczas Orlen Warsaw Marathonu biegłem już po błoniach Stadionu Narodowego dwukrotnie hamowałem się przed łzami, które atakowały mnie nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego. Z jednej strony była to euforia, bo wiedziałem, że już za moment osiągnę zamierzony cel, a z drugiej, była to odpowiedź ciała, które mówiło, że nie jest już w stanie biec i będę musiał się zatrzymać. Na kilkaset metrów przed linią mety.

Do dziś, a minęły już dwa tygodnie, zastanawiam się nad ostatnimi kilometrami. Jak to jest możliwe, że Ty już nie możesz, że płonie całe Twoje ciało, że zwyczajnie "życie Cię boli", a Twoje nogi biegną, choć Ty już dawno przestałeś je o to prosić.

Ostatnia prosta oczywiście – tak jak się spodziewałem – zaskoczyła. Było tam niewiele miejsca na radość. Za to mnóstwo przerażenia. Bo wiesz, że masz przed sobą może 500 metrów i to wreszcie się skończy. Bo masz świadomość, że ten bieg na pewno ukończysz i będziesz miał swój medal i tytuł maratończyka. Masz świadomość, że te wszystkie godziny treningów były skuteczne, że warto było biegać po dwie godziny na mrozie i że zrobiłeś coś, co wydawało się niemożliwe. I jesteś przerażony. Bo masz zaledwie 500 metrów do mety i nie możesz już biec. Jedna fałszywa myśl i pękniesz. I powiesz – mam to wszystko gdzieś, chcę się po prostu zatrzymać. Chcę z tym skończyć. A jednak, nie wiadomo jak i dlaczego, biegniesz.

Jest taki moment, w którym zaczynasz rozmawiać ze sobą. Masz do siebie żal za to, że publicznie deklarowałeś, że ten maraton ukończysz. Mówisz do siebie samego, że jesteś głupi bo wydałeś pieniądze na wpisowe tylko po to by teraz bolały Cię nawet uszy. I co ciekawe wszyscy, zwłaszcza Ci, którzy nigdy maratonu nie przebiegli, właśnie o ten moment pytają. Jego nazwa to „kryzys”. Bo on przecież zawsze nadchodzi. I wcale nie jest tym najtrudniejszym momentem.

 

Oskar Kaczmarczyk - Orlen Warsaw Marathon

 

Ta maratońska lekcja jest z pewnością dopiero początkiem. Kiedy nastąpił wreszcie moment, w którym w końcu zacząłem myśleć o kolejnym biegu pierwsza myśl była mało optymistyczna. Bo kiedy już wiesz jak to jest, to chyba jeszcze trudniej się przełamać, by znowu w to wejść. Na szczęście to było może dwadzieścia, może trzydzieści minut po biegu. Tak! Chwilę po tym jak przeżyłem największy wysiłek w swoim życiu, chwilę po tym jak nienawidziłem szczerze biegania, już zaczynałem myśleć o następnym starcie.

Najtrudniejsza chwila to zdecydowanie wspomniany moment, w którym wiesz, że Ci się udało. Wystarczy jeszcze tylko kilkaset metrów i masz to, co chciałeś. Ale Ty już tego nie chcesz. Chcesz się tylko i wyłącznie zatrzymać. Przed biegiem wyobrażałeś sobie radość i dumę tak wielką, że to co czujesz na chwilę przed metą, pod wpływem tak skrajnych już emocji, jest tak różne od wyobrażeń, że nie jesteś w stanie sobie z tym poradzić. I wszystko co mnie do tej mety zaprowadziło – nazywam to w skrócie autopilotem – to wiara, determinacja, upór i szczera, wewnętrzna pasja...

...Byłem przygotowany na wszystko. Każdy ten pojedynczy trening starałem się zapamiętywać. Momenty najbardziej przyjemne i te momenty najtrudniejsze były przeze mnie pielęgnowane by w czasie maratońskiego kryzysu mieć o czym myśleć, by się nakręcać i przeć do przodu. 

Nie byłem jednak w stanie przewidzieć, że cztery godziny to w przełożeniu, kilka lat biegu. Że przygotowane na czarną godzinę tematy do przemyśleń wyczerpią się dość szybko i że trzeba będzie uruchomić plan C, którego zwyczajnie nie miałem...

...Kiedy przez ostatnie dwadzieścia minut biegłem na wspomnianym autopilocie już wcale tego nie chciałem robić. Nogi były we własnym transie, biegły pod wpływem niewidzialnej siły. Maraton już nie był fajny, samo bieganie też już nie było fajne. Już sam nie wiem jak do tego doszło, gdzieś w podświadomości musiał tlić się jeszcze płomień satysfakcji, w jaki sposób, tuż przed linią mety udało mi się zrobić pamiątkowe, pełne uśmiechu, selfie. Jedyne z czego byłem w tym momencie szczęśliwy to fakt, że mam to wreszcie za sobą. A jak się okazało to nie był jeszcze koniec.

Pierwszy raz, a pamiętam to doskonale, hasło "ból jest chwilowy, duma jest wieczna" widziałem na koszulkach duńskiej reprezentacji w wiosce olimpijskiej w Londynie. Podczas Orlen Maratonu przez moment ktoś w koszulce z takim napisem biegł przede mną. Wtedy tylko się uśmiechnąłem, bo od razu przywołał mi miłe wspomnienia z igrzysk olimpijskich.

 

Oskar Kaczmarczyk - Orlen Warsaw Marathon

 

Po przekroczeniu linii mety było jeszcze gorzej. Dostałem medal, ale zamiast "dziękuję" chciałem powiedzieć: "a weźcie sobie go wsadźcie" i chciałem się zatrzymać. I nie mogłem. To już był koniec, miało być już tylko lepiej, a ja nie mogłem się zatrzymać. Chciałem usiąść, ale nie mogłem. Chciałem wyrównać oddech, ale nie mogłem. Pojawił się Kuba, wpadliśmy sobie w ramiona nawzajem gratulując i dziękując, i na moment zapomniałem o tym uczuciu. Ale on wróciło. Wszystko płonęło, a ja nie mogłem się zatrzymać.

Chciałem przeskoczyć przez barierkę i wbić się w ramiona żony, ale nie byłem w stanie. Chciałem się napić, ale nie byłem w stanie. Chciałem się cieszyć, ale nie byłem w stanie. Tak potwornie byłem zmęczony...

...By przekroczyć swoje własne limity musisz mieć marzenia. I wiarę, że tylko Ty sam jesteś w stanie je spełnić. I zrozumienie, że tylko Ty jesteś w stanie je zniszczyć.

Bo kiedy przekroczysz linię swojego maratonu, poświęcając się swoim marzeniom przez ostatnie wiele miesięcy, zaczynasz rozumieć o co chodzi, że ból jest tymczasowy, a duma pozostaje na wieki...

...Marzyłem kiedyś o igrzyskach olimpijskich i na nie pojechałem. To tam widziałem Duńczyków z ich "pride is forever". Marzyłem o mistrzostwie świata i dziś ten złoty medal, leży obok tego z Orlen Marathonu. Od kilkunastu dni na nowo pracuję z reprezentacją Polski, a naszym celem jest awans na kolejne igrzyska, które odbędą się w Rio de Janeiro. To właśnie w Rio zaczęła się moja przygoda z bieganiem. Dziś marzę by zdobyć tam medal, bo o nim marzą wszyscy związani ze sportem. Nawet statystycy. A jeśli chodzi o bieganie, celuję w maraton na Antarktydzie. Ale to za kilka lat.

To fragment wpisu z bloga Oskara Kaczmarczyka - Biegowy Oskar. Cały tekst można znaleźć pod adresem: http://biegowy-oskar.przegladsportowy.pl/2015/05/10/holowanie/