Okiem mistrza: Moje najgorętsze biegi

zobacz zdjęcia » Upały są zmorą biegaczy
 źródło: Thinkstock
11-08-2015 | 20:18

Autor: Jerzy Skarżyński

Na pogodę wpływu nie mamy i pewnie każdemu zdarzył się bieg w ekstremalnych warunkach. O swoich startach w upale opowiada Jerzy Skarżyński, maratończyk, trener i autor książek o bieganiu.

Upały, to coś o czym marzy prawie każdy biegacz podczas jesiennej szarugi i zimowej zawieruchy, a co przeklina, gdy w końcu nadejdą. Fakt, możliwość biegania w bezrękawniku ma swój urok, ale… upały są wręcz niebezpieczne. Może nie tyle upały, co ich ewentualne konsekwencje – odwodnienie. Ale, z drugiej strony, odwodnienie nam nie grozi, jeśli będziemy czujni, bo znane „przezorny zawsze ubezpieczony” i w tym przypadku ma swoje uzasadnienie.
22 czerwca 1991 r. – maraton w Lipsku. Najgorsze, że organizatorzy zaplanowali start dopiero na godzinę 17 – trzeba było „jakoś” przeżyć tych kilka bardzo trudnych godzin! Już tylko spacer przed południem był męczący, więc większość czasu spędziłem w pokoju hotelowym, w którym szczelnie pozasłaniałem okna zasłonami. Od południowego obiadu co 15-20 minut popijałem łyk izotonika, by się solidnie nawodnić. O godz. 15 termometry wskazywały – w cieniu – 35 stopni! Obowiązkową – bez względu na warunki – rozgrzewkę (he, he – słowo „rozgrzewka” brzmi w tym momencie dziiiwnie!) kończyłem będąc cały mokry. Do tego… słaby, wręcz bezsilny! A start za 15 minut! Przed i po rozgrzewce polewałem się wodą, a przed samym startem wymoczyłem w niej swoją czapkę z daszkiem – białą, by odbijała a nie „łapała” promienie słoneczne. No właśnie – po raz pierwszy biegłem na zawodach w czapce, bo mokra czapka lepiej chroni głowę (czytaj: mózg). Planowanie wyniku końcowego nie miało sensu, moim celem było wygrać. Bo nagrodą dla zwycięzców (i mężczyzny, i kobiety) był… ford fiesta. By to zrealizować musiałem obserwować rywali, na bieżąco oceniać ich siły, by w najdogodniejszym momencie zaatakować, oderwać się od nich. Jakie to proste, prawda? Do tego bardzo ważnym elementem strategii była pełna koncentracja przy punktach z napojami izotonicznymi (by nie przegapić żadnej możliwości uzupełnienia płynu) oraz przy punktach odświeżania. Dlatego już zawczasu tak ustawiałem się w grupie, by nikt nie utrudnił mi dostępu do stołów, na których stały kubeczki z izotonikiem i z wodą. Chwytałem zawsze po dwa, gdyż warunki wymuszały zdwojoną ostrożność. Wodą polewałem czapkę i kark oraz płukałem twarz. Pilnowałem też, by nie przegapić gąbek nasączonych wodą, by za kilka minut wycisnąć je na czapkę. Bez takich „procedur” chłodzenia organizm szybko by się przegrzał i… po biegu. I po fordzie, he, he! Na szczęście tempo od startu było baaardzo wolne – 10 km pokonaliśmy w żółwim wtedy dla mnie czasie 34:18 (zwykle pierwsze 10 km pokonywałem w 31-32 minuty), zaś 20 km osiągnęliśmy rekordowo późno, bo po 1:07:30. Wtedy lekko podkręciłem tempo, by sprawdzić siły rywali. Szybko okazało się, że tylko Włoch Batello ma ochotę na walkę, ale i on po 23. kilometrze odpuścił. Trochę się wystraszyłem tego, że aż 19 km będę musiał biec sam, ale uspokoił mnie fakt, że trasa prowadziła już ocienioną lasem szosą, więc słońce aż tak bardzo mi nie dokuczało. Gdy na 30 km miałem już ok. 2 minuty przewagi skoncentrowałem się nie na tym, by ją powiększać, ale na tym, by ją utrzymywać. Nie musiałem się przy tym zbytnio napracować (oglądać za siebie), gdyż z jadącego przy mnie samochodu organizatorów co pewien czas dobiegały do mych uszu kojące moje nerwy słowa: „Vorsprung etwas 500-600 meter” (przewaga około 500–600 m), co podawano przez telefon dla kibiców zgromadzonych na mecie. W końcówce pozwoliłem sobie nawet na pełne rozluźnienie (bałem się skurczów w ostatniej fazie biegu), więc ostatecznie wygrałem z przewagą zaledwie 25 sekund, ale do końca w pełni panowałem nad sytuacją. Uzyskany czas 2:22:50 jest… najgorszym z moich maratońskich wyników. Ale nagroda była najcenniejsza!
Najgorętsze biegi przeżyłem jednak nie podczas maratonów, ale na bieżni.

 

 Podium maratonu w Lipsku 1991 r.

 

Sierpień 2002 r. – 10 000 m w Poczdamie. Weterańskie mistrzostwa Europy, w kategorii wiekowej M45. Start był o godz. 14 przy prawie 40-stopniowym upale! Z uwagi na temperaturę organizatorzy byli zobowiązani ustawić punkt odświeżania. Wiedziałem, że by zrealizować swój cel, czyli zdobyć medal, musiałem być bardzo czujny na dystansie, ale nie tyle, by pilnować najgroźniejszych rywali, ale by… wypić na każdym z przynajmniej 20 pierwszych okrążeń choćby łyk wody i wziąć gąbkę nią nasączoną, zmywając pot z twarzy. Widziałem, że wielu z rywali lekceważyło tę „procedurę”, ale w duchu cieszyłem się, bo byłem pewny, że za tę swoją nonszalancję (czy może… brak wiedzy?!) zapłacą w końcówce. Biegłem na 5-8 miejscu, odpuszczając atak faworyzowanych Niemców Hopfnera i Schinkitza, którzy byli poza moim zasięgiem (widziałem, że również pili wodę i brali gąbki prawie na każdym okrążeniu, czyli tu nie mogłem niczego „ugrać” w końcówce!). Pilnowałem „swojego” brązowego medalu. Kandydował do niego znany mi Słoweniec Krempl, który pokonał mnie kiedyś w Malmoe. Teraz przyszedł czas na rewanż. On prawie nie pił – widziałem to! Gdy dublował nas Hopfner, Krempl ruszył za nim. Przytrzymałem ich dwa koła, ale zrezygnowałem, bo było za szybko dla mnie, a do mety jeszcze 2 kilometry. „Medal odjechał” – myślałem podłamany, bo traciłem już prawie 30 metrów. Ale na kolejnym kole Krempl zwolnił, ba – najzwyczajniej w świecie… poczekał na mnie mając nadzieję, że „siądzie” mi na plecach, by wygrać na finiszu, jak wtedy w Malmoe! „Nie piłeś na punktach odświeżania, więc teraz za to zapłacisz” – oceniłem na szybko sytuację, i gdy się z nim zrównałem natychmiast ostro ruszyłem do ataku. Biegł ze mną może 50 metrów i… zszedł z bieżni. Cóż, jego też interesował tylko medal, czwarte miejsce nie było mu potrzebne do szczęścia, mało tego – było symbolem porażki. Hiszpan Requena był daleko za nami, więc spokojnie dobiegłem do mety, pilnując jednak, by mieć czas poniżej 32:56, bo takim wynikiem wygrał w pierwszej serii Ukrainiec Lebiediew. Bez większych problemów dobiegłem w 32:46,89. Plan wykonany!

 

 Jerzy Skarżyński (z lewej) na ME weteranów w Poznaniu

 

Lipiec 2006 – 10 000 m w Poznaniu. Ponownie mistrzostwa Europy weteranów (biegłem w kategorii M50). Od rana bezchmurne niebo i żar dochodzący po południu do 36 stopni, start również o godzinie 14.00. Pierwszą serię po biegu „na solo” wygrał Ukrainiec Derkacz w dobrym jak na panujące warunki czasie 34:43. Cóż, reprezentując taki poziom sportowy powinien był biec z nami, czyli w „silniejszej” serii, by w bezpośredniej walce rozstrzygnęły się losy medali. Jasne, znaliśmy już jego wynik, ale warunki były bardzo specyficzne, więc nikt z „lepszych” nie miał ochoty na walkę z czasem Ukraińca, a jedynie na pojedynek o miejsca. Ja też. Pilnowałem tylko, by „tradycyjnie” pić łyk wody, wylać jej resztkę na czapkę i wytrzeć gąbką twarz – na każdym okrążeniu. No i człapaliśmy – po 5 kilometrach mieliśmy prawie pół minuty straty do Derkacza, ale nikogo to nie ruszało. Poderwałem się dopiero kilometr dalej, nie wierząc jednak w to, że mogę poprawić jego wynik. Ot, chciałem wygrać tę serię. Na finiszu nie dałem szans Hiszpanowi Molinie, który wygrał dwa dni później bieg na 5000 m. Na każdym kole odrabiałem po kilka sekund, ale ostatecznie zabrakło mi do Ukraińca 2,5 sekundy (miałem 34:45,66). Nie byłem tym podłamany, bo moim celem był medal, kolor nie grał roli.
Ważna uwaga w sprawie upałów! Trzeba rozdzielić dwie sprawy – trening i starty. W pierwszym przypadku upałów należy… unikać, co znaczy tyle, by wychodzić na trening jak najwcześniej, gdy słońce nie operuje jeszcze z dużą siłą (warto zakończyć trening przed godziną 10), albo późnym wieczorem, gdy słońce chyli się już ku zachodowi. Ale nawet wtedy warto biegać w terenie ocienionym, nie wystawiać się na zbyt długie bezpośrednie działanie promieni słonecznych. O tym, by zabierać ze sobą bidony z izotonikiem i pić przed, podczas oraz po treningu napomykam tylko mimochodem, gdyż to oczywiste. Wiem, że bywają biegacze, zwłaszcza ultrasi, świadomie wybierający się na treningi niemal w najgorszych (najniebezpieczniejszych!) godzinach (południe lub wczesne godziny popołudniowe), chcąc przyzwyczaić swój organizm do żaru. Bywa, że trenują w… saunie, by móc „liznąć” zmęczenia w wysokiej temperaturze! Nie wiem, jak to służy ultrasom, ale ja nigdy nie starałem się uczyć swego organizmu „żaroodporności”. Więcej uwagi – jak pisałem wyżej – poświęcałem na przestrzeganie „procedur” zabezpieczających przed skutkami odwodnienia podczas biegu. I mimo tego, że uważam się za biegacza mało odpornego na spiekotę, przestrzegając podczas zawodów zasad zabezpieczenia się przed odwodnieniem, byłem podczas startów w upale zawodnikiem skutecznym, który nie „wymiękał” w wysokiej temperaturze. I tego wam życzę.

Autor, Jerzy Skarżyński, jest maratończykiem (2:11:42), trenerem oraz autorem książek o bieganiu, więcej - www.skarzynski.pl

 

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~stanUżytkownik anonimowy
~stan :
No photo~stanUżytkownik anonimowy
im więcej pijesz tym wolniej biegniesz
12 sie 15 16:37 | ocena:50%
Liczba głosów:2
50%
50%
Link do tego komentarza: