Maraton Bieszczadzki. Co ja tutaj robię?

Więcej na temat:Maraton Bieszczadzki
II ultra Maraton Bieszczadzki
 źródło: własne
18-10-2014 | 23:13

Autor: Dariusz Wieczorek

"Co ja tutaj robię?" Zadałem sobie to pytanie na 30. kilometrze gdy podniosłem głowę i zobaczyłem niekończący się podbieg na Hyrlatą…

Cała moja dotychczasowa "kariera" biegowa to starty na płaskim jak naleśnik Mazowszu. W Warszawie za górę robi kilkunastometrowa wydma w Falenicy.

Po paru latach biegania, zaliczeniu dziesiątek krótszych lub dłuższych startów na asfalcie, podobnie jak wielu biegaczy, zacząłem rozglądać się za czymś innym. Triathlon? W moim wypadku odpada bo ledwo co utrzymuję się na wodzie. Może biegi na orientację? Jakoś na razie mnie nie kręcą

We wrześniu, podczas Festiwalu Biegowego w Krynicy podziwiałem finiszujących uczestników 100-kilometrowego Biegu 7 Dolin i coś mnie wtedy tknęło - a może by tak spróbować za rok? Oczywiście nie setkę, tylko na początek nakrótszy dystans - 36 km. Traf chciał, że po powrocie do pracy usłyszałem od koleżanki, że biegnie w ultra Maratonie Bieszczadzkim i że można się jeszcze zapisać. Bieszczady to moje ukochane góry sto tysięcy wspomnień przeleciało przez głowę nie zastanawiałem się nawet chwili.

Miałem spróbować w Krynicy za rok - zrobię to teraz w Bieszczadach. To nic, że to 53 kilometry (nigdy nie przebiegłem więcej niż maraton), to nic że nigdy w prawdziwych górach nie biegałem, że dwa tygodnie wcześniej biegałem Maraton Warszawski. Kupiłem buty z porządnym bieżnikiem i uznałem, że jestem gotowy.

Początek był lajtowy

Za dawnych czasów w Bieszczady jeździło się pociągiem, który kursował do Zagórza. Teraz pociąg nie dojeżdża za to są inne możliwości. Skorzystałem z serwisu blablacar i trafiłem na ogłoszenie Grzegorza, który miał wolne miejsce w samochodzie do Cisnej na sobotę. Tak jak przypuszczałem, kierowca i pozostali pasażerowie byli biegaczami jadącymi na maraton. Jako całkowicie zielony w temacie górskiego biegania nie odzywałem się za wiele tylko nadstawiałem ucha i łapałem wskazówki bardziej doświadczonych kolegów. Dojechaliśmy pod wieczór i odebraliśmy pakiety. Spać miałem gdzie, dzięki koleżance i znajomym, którzy wcześniej wynajęli domek. Obejrzałem jeszcze historyczne zwycięstwo naszych piłkarzy nad Niemcami i trzeba było iść spać pobudka z samego rana.

Dzień startu zapowiadał się piękny. Lekka mgiełka o świcie, ale było widać, że będzie słonecznie. Ciepło na tyle, że ubrałem się od razu na krótko. Zastanawiałem się czy nie pobiec w zwykłych startówkach na asfalt na szczęście dzień wcześniej koleżanka zrobiła rekonesans trasy. Doniosła, że mimo ładnej pogody jest trochę błota, założyłem więc swoje nowe terenówki. Nie brałem ze sobą kijów trekkingowych - nie mam i i tak nie umiem z nimi biegać. Wziąłem tylko pas, w którym schowałem żele, telefon, chusteczki. Do tego butelka w łapę i w drogę. Wystartowaliśmy o 7.30. Początek lajtowy.

 

Darek Wieczorek

 

Tylko bez helikoptera

Trasa łagodna, trochę asfaltowa, trochę szutrowa, mam wrażenie, że więcej w dół niż do góry. Biegnie się bardzo dobrze, ale pomny wysłuchanych rad nie szarżuję, żeby nie musiał mnie zbierać gdzieś z połoniny helikopter. Przed pierwszym wodopojem dłuższy kawałek asfaltem pod górkę. Po raz pierwszy dłuższy czas maszeruję. Na punkcie wcinam banana, uzupełniam butelkę napojem i lecę dalej. Przebiegam przez pomiar czasu. Kawałek dalej trasa robi się jeszcze ciekawsza. Za przełęczą skręcamy w prawo i zaczynają się prawdziwe góry. Tu już nawet nie myślę żeby biec i maszeruję. Wiem, że na trasie są trzy poważne podbiegi. Pomyślałem, że na dwóch pierwszych się pooszczędzam, a ewentualnie na ostatnim powalczę. Nie sprawdzam już w jakim tempie się poruszam - telefon zgłupiał i zaczął gubić sygnał GPS. Trasa jest piękna i mocno zróżnicowana. Pojawia się trochę błotka, czasem wąskie rynienki w trawie, gdzie trzeba stawiać nogi wąsko - jedna za drugą. Opadłe z drzew liście kryją pod sobą niespodzianki - kamienie i korzenie. Około 30. kilometra drugi podbieg. Tu zacząłem bluzgać pod nosem i zastanawiać się na co się porwałem. Szedłem pod niekończącą się górę, telefon się obudził i oznajmił, że mam tempo 19 minut na kilometr. Musiałem stanąć i odpocząć. No i kiedy stanąłem cała złość sprzed chwili gdzieś uleciała Postanowiłem, że spokojnie będę parł w stronę mety. Gdzie się da - podbiegnę, gdzie nie - podejdę.

 

Darek Wieczorek

 

Najciężej wywalczony medal

Każdy kilometr biegu był oznaczony dużą białą tablicą. Wypatruję więc kolejnych kilometrów. Niektóre wydają się baaardzo długie, ale wcześniej czy później pojawia się znajoma biała tablica. Pilnowałem tylko, żeby wyrobić sie w limicie czasu i cieszyłem oko widokami. Na stromym zbiegu ok. 2 km przed metą czekał Paweł - nasz fotograf i powiedział, że dobiegłem jako pierwszy z naszej ekipy, co mnie mocno zaskoczyło. Myślałem, że zostałem w tyle na pierwszych kilometrach Chwilę później słyszałem już muzykę dobiegającą ze sceny na mecie. Siły wróciły, i dobrze bo zaczął się najbardziej błotnisty odcinek trasy. A potem już końcówka lekki podbieg, przeskok przez linię wąskotorówki i finisz po trawie. Na mecie czekał najciężej wywalczony jak dotąd medal. Dla strudzonych biegaczy było też pyszne piwo, sery, grochówka, masaże, koncerty i wiele innych atrakcji.

Słońce przygrzewało jeszcze całkiem mocno. Nie trzeba było szybko uciekać. Był czas, żeby się podzielić wrażeniami. Większość moich rozmówców miała bardzo pozytywne odczucia pomimo tego, że bieg był trudniejszy niż zakładali. Suma podbiegów wg uzbrojonych w odpowiedni sprzet wyniosła ponad 2000 m zamiast zakładanych 1500. Z 489 osób, które wystartowały, bieg w limicie ukończyło 385. A ja byłem bardziej niż zadowolony. I chociaż nogi bolały jeszcze przez parę dni, to czuję, że połknąłem bakcyla i mój pierwszy bieg górski na pewno nie będzie ostatnim.