Kopalnia szczęśliwych biegaczy

12-godzinny bieg sztafetowy w Bochni
 /  fot. Elwira Sochacka
10-03-2015 | 00:44

Autor: Dariusz Wieczorek

260 biegaczy rywalizowało 212 metrów pod ziemią w 12-godzinnym biegu sztafetowym w Bochni. Wśród nich byli też przedstawiciele serwisu czasnabieganie.pl. Oto relacja Dariusza Wieczorka.

Gdy się dowiedziałem, że mam możliwość pobiec w naszej drużynie w 12-godzinnym Podziemnym Biegu Sztafetowym w Bochni, nie wahałem się nawet sekundy. O biegu slyszałem już wcześniej wiele dobrego a także to, że jest tam bardzo trudno się dostać (w tym roku było 229 sztafet chętnych do startu na 43 losowane miejsca). Pomyślałem, że druga taka okazja nieprędko się zdarzy. Zmieniłem w jednej chwili plany, jakie miałem na 7 marca, załatwiłem wolne w pracy i czekałem.

Nigdy wcześniej nie zwiedzałem kopalni w Bochni i byłem bardzo ciekaw, jak jest możliwe zorganizowanie biegu w takim miejscu. O ile wyobrażałem sobie samo bieganie po kopalnianych chodnikach, to nijak nie mogłem pojąć, w jaki sposób można zapewnić prawie 300 osobom warunki do życia (spanie, jedzenie, mycie, WC) pod ziemią przez dwa dni.

Przyjechały ekipy z całej Polski

Wyruszyliśmy w podróż w piątek wczesnym popołudniem. Ekipa eksperymentalna, nic wcześniej razem nie potrenowaliśmy. Za kierownicą kapitan – Elwira, z niedoleczoną kontuzją i niewiadomą formą. Dalej dwóch harpaganów – Czarek i Paweł, co mają nieźle wybiegane i startowali już w niejednym górskim ultramaratonie i ja - niedzielny biegacz i leń, który w tygodniu poprzedzającym nasz start zrobił jeden "trening" na dystansie aż 11,5 kilometra Podróż minęła nam szybko. Zaopatrzeni w izotoniki z Leżajska, Tych i Czeskich Budziejowic uzupełnialiśmy płyny i uzgadnialiśmy taktykę na bieg. Do Bochni dotarliśmy przed czasem. Na miejscu była już spora grupa biegaczy oczekujących na pierwszy zjazd do szybu kopalni Pół godziny czekania i oto jesteśmy na dole.

Otwieram szeroko oczy ze zdumienia bo spodziewałem się ciasnoty, zimna i mocno spartańskich warunków a tymczasem widzę przestronne - jak na kopalnię - to możnaby rzec hale. Po drodze do części z łóżkami mijam salę sportową z piłkami i mini bramkami, 2 dobrze zaopatrzone bary, duże sale ze stołami i krzesłami, gdzie można usiąść i zjeść. Jest nawet stół do ping-ponga, są przezwoite toalety, prysznice, ciepła woda - słowem pełen komfort (potem się okazało, że przy jednym z barów jest nawet dostępny internet przez WiFi (!). W sypialni mnóstwo piętrowych łóżek. Sporo jeszcze wolnych – wielu biegaczy dojedzie późnym wieczorem albo w sobotę rano. Zajmujemy więc cztery dolne łóżka w sąsiedztwie i ruszamy na krótkie rozpoznanie okolicy. Podobnie robi większość nowo przybyłych. Zaczynają się pierwsze rozmowy, nawiązywanie nowych znajomości. Do Bochni zjechały się ekipy z całej niemal Polski. Kołobrzeg, Ciechanów, Leszno, Białystok, Oświęcim, Police Koło północy dochodzę do wniosku, że pora powoli się szykować do spania. Ciekaw jestem czy uda mi się zmrużyć oko na hali pełnej ludzi. Ostatni raz spałem na "zbiorówce" w schronisku PTTK w Zakopanem jakieś 25 lat temu :) Wyjadam jeszcze do końca przywieziony z domu mix kaszy z tym, co znalazłem w lodówce, potem szybkie mycie i do śpiwora!

 

Bieg Sztafetowy w Bochni

 

Pierwsze wrażenie - trochę twardawo. Badam dokładniej materac i okazuje się, że jest on wypełniony jakimiś drobnymi ziarenkami sąsiedzi podpowiadają, że to gorczyca. Księżniczka, ta co spała na ziarnku grochu miałaby problem... a mi się podoba. Fajnie, na czymś takim jeszcze nie spałem. Po chwili robi się już całkiem wygodnie - likwiduję górkę która była tam gdzie nie trzeba, a tu i ówdzie moszczę sobie wgłębienia dla wygody - jest git. Zamykam oczy i próbuję złapać drzemkę. Ze wszystkich stron słychać jeszcze rozmowy o taktyce na jutrzejszy bieg i pierwsze pochrapywania tych, którzy już taktykę ustalili. O pierwszej w nocy przychodzi miła pani i gasi w sypialni światła. Nie jest całkiem ciemno. Z sąsiedniej sali dochodzi lekki poblask - w sam raz, żeby w razie potrzeby znaleźć stojące na podłodze buty. Usypiam ok. drugiej, gdy chór chrapaczy jest już bardziej liczny (być może sam do nich dołączam - nie wiem, bo już tego nie słyszę ;).

 

 

Ruch jak w mrowisku 

Budzę się ok. 6-tej rano. Ruch jest już niemal jak w mrowisku. Krzątanina, wędrówki do toalet, chrupanie batonów. Czuć charakterystyczny zapach maści rozgrzewających. Myślę sobie - to chyba jakiś żart, przecież start jest dopiero o 10-tej. Pociągam trochę żelu z tubki i śpię dalej. Budzę się znów przed ósmą. Spać już się nie da. Wokół panuje przedstartowe napięcie więc tylko leżę :) Wyleguję się tak do 8.30 i gramolę wreszcie z gawry. Co tu robić? Wizyta w toalecie. Potem wracam, przypinam numer do koszulki, kończę żel i właściwie jestem gotowy. Spotykam się z resztą ekipy i słyszę, że zmieniamy taktykę. Początkowo mieliśmy biegać po ok. godzinie każdy i kolejno się zmieniać. Teraz dzielimy się na pary. Szybsi Czarek i Paweł mają zmieniać się co dwa kółka (ok. 5 km) i zasuwać tak przez 2 godziny. Potem pójdą odpocząć a Elwira i ja będziemy ganiać następne 2 godziny. Idziemy wreszcie na start. Z poziomu "mieszkalnego" na poziom biegu prowadzi w górę pochylnia/schody (nie liczyłem, ale ponoć tych schodków jest 900) o długości ok. 300 metrów i różnicy poziomów blisko 40 metrów - samym podejściem można się lekko zmęczyć.

O godzinie 10.10 bieg startuje. Robimy parę fotek i zjeżdżamy na dół na specjalnych poduszkach poodpoczywać. Czas do naszego startu szybko mija. Zakładam w końcu startówki i lezę z powrotem po 300-metrowych schodach na górę, żałując że nie da się tam wjechać na poduszce ;) Na górze okazuje się, że trasa jest bardziej wymagająca niż myśleliśmy i modyfikujemy taktykę po raz kolejny. Czarek z Pawłem zrobili 2 x po 2 okrążenia każdy. Na kolejne 2 ruszyła Elwira, a my doszliśmy do wniosku, że w następnych seriach może będzie lepiej biegać po 1 okrążeniu.

 

Bieg Sztafetowy w Bochni

 

Wreszcie ruszam na trasę. Początkowo z zamiarem przebiegnięcia dwóch okrążeń, ale rzeczywiście trasa jest trudniejsza niż myślałem. Trzeba patrzeć pod nogi i uważać na szyny. Najpierw wbiega się pod wiatr w bardzo zimny korytarz, po drodze jest zakręt a na nim tory, potem mały "daszek" pokryty gumą, zabezpieczający jakąś przeszkodę. Za kolejnym zakrętem drewniany "mostek", niedaleko po nim nawrotka 180 stopni. Po powrotnym minięciu strefy zmian biegniemy przez kaplicę i trafiamy w ciepły korytarz. Docierają tu skądś smakowite zapachy, które na późniejszych rundach drażniły mój pasiony żelami żołądek. W połowie okrążenia byłem już tak zmęczony, że postanowiłem poprzestać na jednym. Docisnąłęm gazu, dobiegając do strefy zmian podniosłem rękę na znak, że kończę ale nie zauważyłem w strefie nikogo ze swoich i pobiegłem drugie kółko. Musiałem nieco zwolnić, żeby nie paść po drodze, ale dzięki temu przyjrzałem się dokładnie trasie i wiedziałem gdzie czyhają ewentualne niebezpieczeństwa. Na naszej zmianie zrobiliśmy z Elwirą 1 x po 2 kółka, a potem 2 x po 1. Schodząc na dół sprawdziłem nasz wynik na tablicy - 44. miejsce po tym jak każdy przebiegł 4 okrążenia. Półtorej godziny przerwy i znów startuję. Zauważyłem, że tak długa przerwa mi nie służy i pierwsze okrążenie po niej jest najtrudniejsze. Ale niedługo sytuacja zmieniła się po raz kolejny i nie było już okazji do długich przerw. Po paru kolejnych kółkach nasza pani kapitan zaczęła utykać. Nie było sensu ryzykować jej zdrowia. Czarek i Paweł pobiegli po dodatkowe 4 rundy, a potem już biegaliśmy na zmianę we trzech. Trwało to pewnie z 6 godzin. Miałem lekkie momenty kryzysowe, pomagał doping na trasie i muzyka z głośników. Gdy poleciało AC/DC, T.Love czy Red Hot Chili Peppers od razu raźniej mi się biegło :)

Idealne 33. miejsce

Rewelacyjna była atmosfera samego biegu, którą tworzyli uczestnicy. Nie widziałem żadnych scysji, czy przepychanek na trasie, mimo że najlepsi musieli wielokrotnie dublować rywali w wąskich korytarzach. Na schodzących na zmianę złachanych do cna zawodników czekały zawsze słowa otuchy, żarty i folia do przykrycia od pozostałych oczekujących. Było przesympatycznie. Nie wiem nawet kiedy minął mi kryzys. Im bliżej końca tym biegło mi się lżej. Pilnowałem tylko, żeby nie przypałętał się jakiś głupi skurcz. W przerwach między biegami ubierałem się w ciepły dres i kominiarkę. No i zacisnąłęm pęcherz, żeby nie tracić już sił na łażenie po długaśnych schodach ;) Dwa ostatnie kółka biegło mi się lepiej niż dwa pierwsze. To pewnie te słynne endorfiny, a może coraz większa pewność, że uda się dotrwać do końca. Dwunastą godzinę naszego biegania zakończył samotnym finiszem najszybszy z nas - Czarek, który przebiegł dwa ostatnie okrążenia. Reszta była już w tym czasie na dole, żeby złapać jakiś prysznic zanim wszyscy wrócą z trasy biegu. Ja rzuciłem się wygłodzony na pyszny makaron, który smakował jak nigdy po wcześniejszych słodkościach. Sprawdzamy wyniki Ostatecznie 33. miejsce - idealnie w połowie stawki, co uznaję za bardzo dobry wynik. W większości startujących tu ekip byli naprawdę zaprawieni w bojach zawodnicy. Fajne było też to, że nie "spuchliśmy" i systematycznie poprawialiśmy swoją pozycję (gdy sprawdzałem było to kolejno 39., 36., 35. i 34. miejsce). Dopiero jakiś czas po zakończeniu biegu przyszło zmęczenie, ale i ogromna satysfakcja, że się udało. Sam, nie byłbym w stanie nigdy zmusić się do takiego wysiłku. Wyszedł z tego mega trening interwałowy, który mam nadzieję zaprocentuje w dalszej części sezonu. Zadowolenie widziałałem zresztą na wszystkich twarzach.

 

Bieg Sztafetowy w Bochni

 

Około 23-ciej zaczęło się rozkręcać świętowanie sukcesów. Stoły były coraz bardziej suto zastawiane. Co tam na nich stało przemilczę, bo mogą to czytać dzieci ;) Pojawiła się nawet gitara, odśpiewano Sto lat! wszystkim paniom bo właśnie zaczynał się ósmy dzień marca. Następnego dnia jeszcze jeden miły gest ze strony organizatora - przed ceremonią wręczania nagród - dla chętnych turystyczne zwiedzanie kopalni. Samo zakończenie też takie jak trzeba. Bez zbędnego przeciągania. Konkretnie, sprawnie. Najpierw świąteczny prezent dla pań, potem każdy zespół od ostatniego do pierwszego dekorowany na scenie, a w przerwach losowanie nagród wśród wszystkich uczestników biegu

Podsumowując, bo jak zwykle się za bardzo rozpisałem impreza zorganizowana perfekcyjnie. Największy malkontent, dla którego zawsze jedzenie jest za zimne, medale zbyt krzywe, trasa zbyt prosta, wpisowe za drogie itp. - nie będzie miał tu się do czego przyczepić. Ten bieg poprzez swoją wyjątkową lokalizację jest inny niż wszystkie i warto choć raz spędzić te 2 dni pod ziemią

 

Pozdrawiam wszystkich, których spotkałem w Bochni na trasie i poza nią.