Jak trenowałem z Rzeźnikiem...

Jakub Radomski
 źródło: Przeglad Sportowy
Jakub Radomski 25-05-2015 | 11:14

Autor:

Trenował wielu świetnych zawodników - m.in. późniejszą mistrzynię świata w maratonie Wandę Panfil. Słynie z twardej ręki. My postanowiliśmy sprawdzić jak wygląda katorżniczy trening u Klausa Czecha.

- No to teraz już wiesz, jak to jest dostać w kość - śmieje się jedna z dziewczyn, na oko 16-letnia, widząc jak próbuję złapać oddech. Przyjechała do Wisły na zgrupowanie zaplecza biegowej kadry juniorów i młodzieżowców, by trenować pod okiem trenera Klausa Czecha, zwanego Rzeźnikiem. Ten przydomek nie jest przypadkowy, o czym przekonałem się sam, biorąc udział w jednym z treningów.

OTK - Ofiary Trenera Klausa 

Wtorek, 16 grudnia. Właśnie zszedłem ze swojej kwatery na osiedlu Kozińce (koło przełęczy Kubalonka) w stronę centrum Wisły. Skręcam w lewo i jestem koło ośrodka wypoczynkowego Potok. Skromny, ale przytulny, zatrzymuje się tu wiele grup szkolnych i sportowych. Tak samo jest i tym razem. Droga asfaltowa dalej biegnie prosto i zaczyna piąć się stromo do góry. Od razu dostrzegam około dziesięciu osób, które szybko biegną do góry, by później zawracać i zbiegać truchtem. I tak raz za razem. Jest też starszy człowiek, ubrany w sfatygowany dres, stojący przy trasie ze stoperem w ręku. To właśnie Czech, który różne grupy biegaczy trenuje od ponad 40 lat i w środowisku uchodzi za kata. Taki odpowiednik śp. Huberta Jerzego Wagnera. Znany w biegowym światku klub biegacza OTK Rzeźnik skrót swojej nazwy wziął właśnie od niego (Ofiary Trenera Klausa), a popularny bieszczadzki Bieg Rzeźnika z Komańczy do Ustrzyk Górnych (76 km czerwonym szlakiem po górach) też nazywa się na jego cześć.

- Witam pana redaktora. To co, pobiega pan trochę z nami? - pyta Klaus z którym spotkałem się już poprzedniego dnia przy okazji treningu w innej części Wisły, wtedy wystąpiłem wyłącznie w roli obserwatora. Postanawiam spróbować. Na szczęście trening już trwa, zostało jeszcze 30 minut. Zawsze uważałem, że dziennikarz powinien przeżyć na własnej skórze to, z czym ma do czynienia opisywany przez niego sportowiec.

Siła biegowa - tak określane są te zajęcia. Klaus wymierzył na szosie o nachyleniu około 10 procent odcinek o długości 150 metrów. Wyraźnie zaznaczył na drodze start, a sam ustawił się na wysokości mety. Pod górę trzeba biec szybko. Tak, żeby poczuć, dać sobie w kość. Powrót w dół wolnym truchtem. I, co ważne, odpoczynek odbywa się w ciągłym ruchu. Starsi zawodnicy - juniorzy - mają do zrobienia 2 razy po 10 powtórzeń. Młodsze biegaczki - dwa razy mniej. Na szczęście, gdy wychodzę przebrany z ośrodka, ci pierwsi ponad połowę powtórzeń już mają za sobą.

 

Klaus Czech

 

Boli samo stanie 

Po szybkim rozciąganiu widzę, że czteroosobowa grupa akurat powoli zbiega. Trochę się podpalam. - A co, spróbuję ruszyć za nimi - mówię do siebie. I ruszam, tyle że ich bieg dla mnie - osoby biegającej sporadycznie - jest biegiem na maksa. Utrzymuję ich tempo, ale na końcu mam dosyć. Od razu doświadczam ostrego charakteru trenera Klausa. - Co pan robi?! Taki interwał bez żadnego truchtu wcześniej?! Ugotuje się pan! - mówi, szkoleniowiec żywo gestykulując. I każe mi przebiec w wolnym tempie kilometr po mniej pofałdowanej trasie, tak jak robili to jego zawodnicy na samym początku zajęć. Robię to, oddech dość szybko wraca do normy. Po kilku minutach znów jestem na początku podbiegu. Robię drugie powtórzenie. Jest ciężko, ale w truchcie daję radę odpocząć. Trzecie, jeszcze ciężej. Gdy ledwo dobiegam na górę, słyszę uwagi Czecha. - Ręce! Ręce! Trzeba używać rąk, tułowia! To na podbiegach wiele daje, a pan praktycznie używa tylko nóg! - znów ta ożywiona gestykulacja. Za czwartym razem próbuję poprawić technikę i zaczynają mnie boleć plecy. Na górze jestem wykończony. Muszę stanąć, wziąć kilka oddechów, nie mam nawet siły zbiegać, schodzę. Dopiero na koniec parę metrów truchtu i piąty raz w tym samym tempie w górę. Wiem, że ostatni. To już mordęga. Podczas biegu cały czas patrzę na kreskę, oznaczającą 150. metr. Później tam siadam, bo to już ten stan, gdy boli cię samo stanie.

Rozbieganie w stylu Czecha

Jeśli myślicie, że to koniec treningu u Czecha, to jesteście w błędzie. Mariusz, jeden z młodzieżowców, musi jeszcze zrobić rytmówki. - Biegnij z nim, powinieneś dać radę, to już jest początek regeneracji - mówi Rzeźnik. Na szczęście rzeczywiście jest łatwiej. Rytmówka polega na przebiegnięciu 80 metrów szybko, ale nie na maksa i powrocie truchtem. Robimy pięć powtórzeń. Nie czuję, żebym odpoczywał, choć powinienem. Na koniec biegniemy truchtem kilometr okrężną drogą do ośrodka. - Wiesz, że Czech nie ma nerki? Kilka lat temu musieli mu jedną usunąć. Jedna z biegaczek opowiadała mi kiedyś, jak prowadził treningi, gdy jeszcze ją miał. Szedł z dziewczynami na rozbieganie po górach i sam dyktował tempo. Biegli kilometr w 4:35 min., wszyscy musieli się trzymać. Fajne rozbieganie, nie? - opowiada Mariusz.

Czech czeka na nas pod ośrodkiem. Podchodzi, doradza co można było zrobić lepiej. W końcu bieganie, to cały jego świat. Gdy wszyscy już weszli do środka, udaje się do pobliskiego baru "U Bociana". Tego samego, gdzie przez lata oglądało się sukcesy Adama Małysza. Wejdzie do środka, gdzie będzie już na niego czekał inny kolega trener. Zamówi grzane piwo. Chyba nie muszę wam pisać, o czym porozmawiają...