Festiwalowy bis

zobacz zdjęcia » Grzegorz Urbańczyk (z prawej) na mecie biegu na 34 km
 źródło: własne
18-09-2015 | 09:33

Autor: Grzegorz Urbańczyk

Na PZU Festiwalu Biegowym w Krynicy Zdrój wystartowało kilka tysięcy biegaczy. Jednym z nich był ubiegłoroczny zwycięzca Wings for Life – Grzegorz Urbańczyk. Oto jego wrażenia.

Do Krynicy na Festiwal Biegowy pojechałem po raz drugi. Celem był start w biegu górskim na dystansie 34 km. W zeszłym roku startowałem w tym samym biegu, tylko na innej trasie, która stanowiła pierwszy etap biegu na 100 km. Tym razem „mój bieg” rozegrać miał się na ostatniej części najdłuższego biegu Festiwalu.

Start gdzie indziej. Meta też

Różnice między biegami były znaczące. Godzina startu zmieniona została z 3:20 na 12:00, a jego miejsce z krynickiego deptaku na Piwniczną–Zdrój, miejsce przepaku dla biegu 64 i 100 km. Skoro miejsce startu zostało zmienione to łatwo się domyślić, że meta także znalazła się gdzie indziej. Tak właśnie było. W zeszłym roku finiszowałem wraz z innymi biegaczami na pierwszym punkcie przepakowym zlokalizowanym przy Hotelu Perła Południa w tym roku była to główna meta Festiwalu zlokalizowana na deptaku w Krynicy. Zmiana wywołała u mnie, jak i u innych biegaczy, mieszane uczucia. Start w nocy z latarką czołówką, oglądanie świetlistego węża na górskim szlaku, oglądanie wschodu słońca, no i finiszowanie o poranku. Taki scenariusz wprowadza niedoświadczonego biegacza w klimat biegów ultra, gdzie z reguły startuje się właśnie w nocy. Pozwala również ciekawiej spędzić cały dzień, szczególnie gdy finiszuje się w okolicach godziny ósmej rano. Chociaż przyznaję, że zeszłoroczne zlokalizowanie mety było rzeczywiście mało atrakcyjne. Praktycznie brak kibiców no i powrót na miejsce startu autobusem. 

W tym roku autobusem trzeba było dostać się na miejsce startu by biegiem wrócić do Krynicy, gdzie na mecie można było się spodziewać wielu kibiców, w tym także rodziny i znajomych. Niestety jest to dla mnie jedyny argument „za” nowa trasą. Po pierwsze trasa tegorocznego biegu wydała mi się mniej atrakcyjna, było dużo asfaltu, płyt betonowych, a także dróg szutrowych. O biegu w świetle czołówki już pisałem, ale to właśnie sprawia, że wiele osób może przetestować jak to jest. Trasa oprócz nawierzchni miała zmieniony oczywiście profil. W tym roku był trudniejszy, dłuższe podbiegi i zbiegi. Mało płaskiego biegania, co oczywiście wcale nie znaczy, że to źle. Bardzo dobrze, tylko jak już wspomniałem, było twardo, a lubię biegać po miękkich szlakach górskich. 

 

 For Run Team w Krynicy

Do opisu samego biegu wrócę później. Ponieważ był to Festiwal Biegowy, więc wiele się działo i po krótce opiszę swoje spostrzeżenia. Do Krynicy z Poznania wraz z członkami For Run Team, którego jestem założycielem, pojechaliśmy pociągiem z przesiadką w Krakowie, skąd autobusem dotarliśmy na miejsce. Wraz ze mną jechała Paulina, Marianna z Mikołajem oraz Ksawery. W czwartek nad ranem byliśmy już w Krynicy, w której kończyło się Forum Ekonomiczne, zmienione w jedną noc na Festiwal Biegowy. Dzień nam minął na krótkim rozbieganiu zapoznawczym po ostatnich kilometrach naszego 34 km biegu, podczas którego przystanęliśmy by posilić się jeżynami. Oprócz tego oczywiście trochę zwiedzania i odpoczynek przy ciachu z kawusią.

Dla każdego coś biegowego

Piątek to już pierwszy dzień festiwalu, który rozpoczął się o 12:00 i trwać miał do niedzieli. W jego ramach odbyło się ponad 20. biegów na różnych dystansach. Do wyboru były biegi od krótkich startów dla dzieci po 100 km biegu górskiego. Czyli dla każdego coś biegowego!
Oprócz samych biegów organizator zadbał także o inne atrakcje. Jeśli ktoś akurat nie startował, mógł skorzystać ze specjalnych zniżek na targach expo i doposażyć się w potrzebny sprzęt biegowy. Jeśli już to zrobił, mógł wybierać spośród palety spotkań-wykładów z biegaczami, trenerami, fizjoterapeutami, którzy dzielili się swoją wiedzą.
Ja wybrałem się na kilka takich spotkań. Wysłuchałem Kamila Leśniaka, Marcina Świerca, Krzysztofa Dołęgowskiego oraz Dariusza Kaczmarskiego. Niestety w związku z kłopotami ze sprzętem multimedialnym część prezentacji była poniżej moich oczekiwań.
W piątek o 19:00 została zaplanowana odprawa dla zawodników startujących w biegach górskich. Jak się okazało musieliśmy udać się na lodowisko, które najwidoczniej było jedynym miejscem na tyle dużym by pomieściło wszystkich zainteresowanych biegaczy. Oprócz tego, że było zimno, to na dodatek nic nie było słychać z tego co mówił prowadzący. Duże echo utrudniało zrozumienie choć jednego słowa. To sprawiło, że ludzie grupowo opuszczali halę. Po chwili zrobiliśmy to także my i ruszyliśmy w kierunku restauracji, by zjeść porządną kolację i przygotować się na kolejny dzień - dzień startu.
W sobotę wstaliśmy ok. ósmej. Za oknem zobaczyłem krople deszczu. Miałem już w myślach piękne wywrotki spowodowane ześlizgiwaniem się po mokrej trawie i błocie. Mimo wszystko zjedliśmy śniadanie, tradycyjne płatki owsiane z owocami. Przygotowaliśmy sprzęt potrzebny podczas biegu i wyszliśmy na miejsce zbiórki z którego miały nas zabrać na start autobusy. Wszystko poszło sprawnie i w Piwnicznej – Zdrój byliśmy ok. 10:15. Mieliśmy więc sporo czasu do startu. Na szczęście tam pogoda dopisywała. Świeciło słońce i było ciepło. Czas, który mieliśmy wykorzystaliśmy na kibicowanie i wskazywanie trasy zawodnikom z 64 i 100 km. Na ok. 30 min przed startem stałem odziany już tylko w strój startowy, oddając worek do samochodu – depozytu, którego kierowca zapewniał, że wyjeżdża do Krynicy jak tylko wystartujemy. Nie mieliśmy się martwić o swoje rzeczy. Maiły być na mecie o wiele szybciej niż my. Ale tylko miały…

Mostek, schody i... podbieg

Punktualnie o 12:00, czyli 9 godzin po tym jak wyruszyli zawodnicy na trasę biegu 100 km ruszyliśmy także my. Przebiegliśmy po mostku nad Popradem, potem po schodach i rozpoczął się pierwszy podbieg. Ponieważ był to początek wyścigu pozwoliłem by mnie wyprzedzano, nie chciałem zaszaleć i odpokutować za to w późniejszym etapie biegu. Powoli i systematycznie piąłem się w górę. Pogoda sprawiła psikusa i zamiast deszczu było słońce, które w moim odczuciu przygrzewało na granicy komfortu. Czasem krople potu spływały po czole wprost do oczu co nie było przyjemne. Próbowałem szacować, na którym biegnę miejscu. Wychodziła mi 12–14 pozycja. Z czego nie do końca byłem zadowolony. Jednak w związku z tym, że był to dopiero 5. km nie zawracałem sobie tym za bardzo głowy.

 

 Profil trasy biegu na 34 km

 

Na trasie spotykałem biegaczy, których dopingowałem jeszcze przed swoim startem. Teraz ich wyprzedzałem. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że mają w nogach o wiele więcej kilometrów niż ja, jednak wyprzedzanie zawsze daje dodatkowego kopa. Podczas podbiegu widziałem z dala rodzinę z dzieckiem. Mała dziewczynka schodząc w dół miała bardzo niezadowoloną minę i płakała. Narzekała, że bolą ją nogi. Mama tłumaczyła jej, że jeszcze trochę i będą w domu, a teraz niech popatrzy jak pan biegnie (mowa o mnie) pod górę. Wtedy ja z uśmiechem pod nosem rzuciłem: „mnie to dopiero nogi bolą”. Rozbawiłem tym turystów, a dziewczynkę chyba zawstydziłem, bo nagle przestała płakać i narzekać.
Od ok. 7. km rozpoczął się pierwszy większy zbieg. Odżyłem na nim i starałem się odrobić czas, który straciłem podczas podbiegów. W dół biegłem ok. 2 km, co sprawiało mi przyjemność. Na 12. km przy Hotelu Wierchomla zlokalizowany był pierwszy punkt kontrolno - odżywczy, przez który tylko przebiegłem by kontynuować wspinaczkę w górę. Jej zwieńczeniem był zbieg po stoku narciarskim. Jak nie trudno się domyśleć, było stromo. Trzeba było trzymać nogi na wodzy by się zbytnio nie rozpędzić, bo jeśli tak by się stało, wywrotka murowana. Zaczął pobolewać mnie brzuch, co najprawdopodobniej spowodowane było brakiem treściwego pokarmu w żołądku. Nauczony zeszłorocznym bólem zjadłem pół batona, który miał mi przywrócić komfort biegu. Na szczęście udało się i mogłem swobodnie biec dalej.

Budzi się instynkt łowcy

Po zbiegu do Szczawnika rozpoczęła się dla odmiany wspinaczka drogą gruntową do Schroniska Bacówka nad Wierchomlą (887 m n.p.m.) gdzie znajdował się drugi punkt odżywczy, z którego skorzystałem. Po kilku łykach izotonika i coli oraz posileniu się pomarańczą ruszyłem dalej. Był 23. km i biegłem po piaszczystej ścieżce z przebijającymi się korzeniami. Podobało mi się to! To były ścieżki jakie lubię. Cały czas wyczekiwałem momentu osiągnięcia szczytu – Runek (1080 m n.p.m.), najwyższego punktu na całej trasie. Mimo, że profil trasy pokazywał mocny podbieg do samego szczytu, moje odczucia były zupełnie inne. Lekkie podbiegi przeplatane zupełnymi wypłaszczeniami, były miłym urozmaiceniem. W tej fazie biegu obudził się we mnie instynkt łowcy. Kogo zobaczyłem przed sobą musiałem wyprzedzić. A, że do mety zostało już tylko ok. 10 km miałem dużo motywacji.
Wreszcie moim oczom ukazała się tabliczka z napisem „Runek”. Wiedziałem wtedy, że zaczyna się zabawa - bardzo długi bieg w dół. Nie bałem się jednak tego, po tym jak zbiegałem na poprzednich częściach trasy, wiedziałem, że sobie poradzę. Doganiałem zawodników, którzy wyprzedzili minie wcześniej na podbiegach. Motywowało mnie to do jeszcze szybszego biegu, bym przez przypadek nie został ponownie wyprzedzony. Ale nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Pędziłem w dół. Wyprzedzani zawodnicy, a także turyści dopingowali mnie, co oczywiści było bardzo miłe. Powoli zacząłem wypatrywać miejsca, do którego dotarłem podczas czwartkowego rozbiegania. Gdy je ujrzałem byłem szczęśliwy, wiedziałem już co mnie czeka. Biegło mi się jeszcze lżej. Byłem trochę jakby w transie. Dobiegłem do miejsca, które przypomina mi jedno z tych na Dziewiczej Górze, moim ulubionym miejscu do biegania pod Poznaniem. Było wąsko na jedną osobę, a po bokach krzaki, do tego całkiem stromo. Przede mną byli zawodnicy chyba z setki. Bez żadnych próśb rozsunęli się puszczając mnie przodem, krzycząc: „zasuwaj”. Dzięki!

 

 Grzegorz Urbańczyk na trasie biegu...

 

Skupiony na stawianiu każdego kroku na nierównej ścieżce, podniosłem nieco głowę i ujrzałem ojca stojącego praktycznie przede mną, krzyczącego coś i robiącego zdjęcie. Machnąłem tylko ręką i popędziłem dalej drogą asfaltową, przechodzącą w brukową by minąć Mariannę, która również robiła zdjęcia. Tak znalazłem się na ostatniej prostej - deptaku w Krynicy. Byłem szczęśliwy, bo miałem poczucie wykonania dobrej roboty. Na kawałek przed metą podbiegłem do kibiców stojących przy barierkach i biegnąc przybijałem „piątki”. Wbiegłem na metę, zegar wskazał 3 godziny 15 minut i 40 sekund. Do zwycięzcy, Kamila Leśniaka rasowego ultrasa zabrakło mi ok. 23 minut. Ze swojego czasu byłem zadowolony, zmieściłem się w swoich założeniach. Jak się potem okazało zająłem 8. miejsce, czyli takie samo jak przed rokiem. Całkiem dobrze jak na swój drugi start w górach. Szczególnie gdy trenuje się na nizinach.
Teraz pozostało mi czekanie na Paulinę, Kasię i Mikołaja, dla którego był to debiut w biegu górskim. Ponieważ miałem chwilę czasu udałem się na odnowę moich nóg i poddałem je elektrostymulacji. Po owinięciu się ponownie folią ruszyłem w kierunku mety, gdzie zacząłem wypatrywać kolejnych członków For Run Teamu. Pierwsza pojawiła się Kasia, chwilę za nią Paulina. Mikołaj zjawił się na mecie za dziewczynami - z pewnością dlatego, że na trasie robił zdjęcia…

 

 ...i za metą na krynickim deptaku

 

Wszyscy podekscytowani ruszyliśmy w kierunku depozytu, by tam odebrać swoje rzeczy. Jak się okazało niestety nie było ich jeszcze na miejscu. Przybiec szybciej niż samochód. Coś mi to przypomina. Po blisko sześciu godzinach od naszego startu samochód transportujący nasze rzeczy nareszcie dojechał. Po wystaniu kolejnych kilkudziesięciu minut w kolejce i wysłuchaniu oburzonych ludzi, odebrałem swoje rzeczy i wreszcie mogłem udać się do pensjonatu, by wziąć prysznic i zjeść coś pożywnego. Nie wiem co zawiodło, dlaczego musieliśmy tak długo czekać. Wiem natomiast, że coś takiego nie powinno mieć miejsca.
Po odpoczynku w pokoju poszliśmy całym Teamem na późny obiad, podczas którego wspólnie dzieliliśmy się swoimi przeżyciami z biegu.
Niedziela minęła nam na kręceniu się po targach i nieśpiesznym szykowaniu do drogi powrotnej. Weekend w Krynicy kolejny raz był udany. Oprócz kilku wpadek organizacyjnych, które zawsze się pojawią podczas tak wielkiej imprezy, wszystko było na wysokim poziomie.
Wszystkim polecam tę imprezę. Każdy znajdzie bieg dla siebie.
Biegajcie!

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~GrzegorzUżytkownik anonimowy
~Grzegorz
No photo~GrzegorzUżytkownik anonimowy
do ~Darek:
No photo~DarekUżytkownik anonimowy
18 wrz 15 10:36 użytkownik ~Darek napisał
Czytając, poczułem się prawie jakbym sam tam biegł i teraz już wiem, że kiedyś zdecyduję się na osobiste doświadczenie tych wrażeń co Ty Grzechu. Pozdrowienia i do zobaczenia na treningach :)
Naprawdę warto! Bieganie w górach to coś zupełnie innego i wyjątkowego. Szczególnie gdy prawie całe życie spędza się na asfalcie. Polecam ;)
18 wrz 15 10:45
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~DarekUżytkownik anonimowy
~Darek :
No photo~DarekUżytkownik anonimowy
Czytając, poczułem się prawie jakbym sam tam biegł i teraz już wiem, że kiedyś zdecyduję się na osobiste doświadczenie tych wrażeń co Ty Grzechu. Pozdrowienia i do zobaczenia na treningach :)
18 wrz 15 10:36
Liczba głosów:0
0%
0%
| odpowiedzi: 1
Link do tego komentarza: