Dziennikarz czasnabieganie.pl wygrał Survival Race!

zobacz zdjęcia » Daniel Sałaciński (z lewej) był najlepszy w biegu na 12 km
 fot. Dawid Żak  /  źródło: Materiały prasowe
23-06-2016 | 15:31

Autor: Daniel Sałaciński

Decyzja o starcie zapadła w ostatniej chwili, ale była słuszna. Daniel Sałaciński zwyciężył w warszawskiej edycji Men Expert Survival Race pokonując najszybciej 12-kilometrową trasę z 50 przeszkodami po drodze. Oto jego relacja.

Jeśli w czasach dzieciństwa słyszałeś(łaś) nie biegaj, bo się spocisz! Nie w kałużę, bo się pochlapiesz! To daj się zwabić pomarańczowo-czarnemu logo Survivale Race i w zależności od ładunku energii jaki masz chęć zostawić w błocie i krzakach wybierz dystans 3, 6 lub 12 km. Pozbądź się polerowanych przez dorosłe lata uprzedzeń i ruń głową w dół, w sadzawkę pełną śmierdzącej mazi. Każda kolejna przeszkoda, na co dzień nie możliwa do pokonania, przybliży cię do tego (często zapomnianego) dziecka i przyprawi o bezinteresowny uśmiech.
Prognozy na niedzielę były iście wakacyjne, więc wybrałem jedną z wcześniejszych „fal” – start o 9.45, by pobiec swoje i schować się przed południowym słońcem. Miasteczko zawodów ulokowano na rozległych łąkach między Wybrzeżem Gdyńskim, a korytem Wisły. Tutaj jest start i meta, te najbardziej widowiskowe przeszkody i wszystko czego potrzebują zawodnicy przed i po biegu. Plus atrakcje dla osób niespełnionych w trakcie zawodów. Sprawnie działające (do czasu, po południu zrobiło się tłoczno) biuro zawodów wydało pakiet startowy – koszulka, czip, opaska na rękę, oznaczająca godzinę startu, roboczo nazwaną „falą”. Z Igorem (syn lat 10) znajdujemy komfortowe miejsce – punkt zborny po biegu – i jakieś atrakcje na najbliższe dwie godziny.

 

 Daniel Sałaciński (z prawej) zaliczył swój drugi start w biegu ekstremalnym z przeszkodami. Pierwszy był rekreacyjny.

 

5, 4, 3... start!

Niebieskie neonowe opaski! Start 9.45! Zapraszamy na linię startu! Wszystko idzie planowo – zwoływani przez spikera ze sceny koło bramy startu wszyscy z niebieskimi opaskami zbieramy się w wydzielonym ogródku na mini odprawę i fachowo prowadzoną rozgrzewkę. Końcowe odliczanie i już przy 4, 3… z przedniej ściany peletonu wystrzeliwują dwaj zawodnicy, za nimi natychmiast pościg. Po kilkuset metrach wpadamy w nadwiślański las łęgowy. Wąska, kręta ścieżka. Poprzerastana trawą, pokrzywami, najeżona połamanymi gałęziami i drzewami rosnącymi tak samo często pionowo jak i poziomo, na każdej wysokości.

Już wiem, że by móc biec szybko, muszę wiedzieć parę metrów wcześniej co mnie czeka. Nie mogą czyjeś plecy zasłaniać mi całego światła ścieżki. Wchodzę na trochę wyższe obroty i prosząc o lewą wolną (wszyscy chętnie współpracują – dziękuję) przeskakuję kolejnych zawodników i wreszcie mam z rzadka zakłócaną przestrzeń. Decyzje nad czy pod podejmowane są na poziomie mięśniowym. Mózgownica pilnuje taśm oznaczających krętą trasę, by się nie zgubić, nie skompromitować biegiem na skróty. Za który też jest dyskwalifikacja.

Dobiegam do jakiejś błotnistego bajora, widzę jak dwóch chłopaków w wodzie ponad pas z trudem zdobywa kolejne metry. Lecz już są bliżej drugiego brzegu. Wykładam się do kraula i powoli odrabiam dystans. Gdy jestem na twardym gruncie ich ślad zdążył zgubić się w krętych ścieżkach.

 

 Men Expert Survival Race to duże wyzwanie, ale też świetna zabawa (fot. Dawid Żak)

 

Łyk wody z prywatnej butelki

Sporo biegania. Lubię biegać. To moje główne rekreacyjne zajęcie. Tnę kolanami zarośla i ślizgam się po zboczach rzecznego koryta. Przeskakuję, czołgam się, wspinam na linowe pajęczyny, na których doganiam falę z zielonymi opaskami, startującą 15 min przed moją niebieską. Zajmuję głowę stopniowaniem napotkanych trudności. Czy wolę po błocie, czy po piachu? Mija czas, dystans opornie mieli się pod nogami. Czasami widzę jakiś kawałek miejskiej architektury pozwalający zorientować się w przestrzeni. Po 40 minutach biegania i skakania okazuje się, że jest jeszcze jedna przeszkoda, nie wiem czy nie najtrudniejsza – pragnienie –  jak sucha studnia wody. Jednak jest ratunek! Meandrująca trasa przecina miasteczko zawodów. Jest stolik zastawiony białymi kubeczkami. Stoją wolontariusze z butelkami wody w rękach… Nie zwalniając tempa łapię kubek uważając by nie rozlać i trafić zawartością w otwartą twarz, a tu pusto. Zatrzymuję się na sekundę, by stwierdzić, że pozostałe też są atrapami picia. Chwilowe rozczarowanie szybko rozpuściło się w cieniu i przeszkodach wodnych, z których, wiadomo, nie należało pić, bo albo błoto, albo mydliny, ale wystarczająco chłodziły mięśnie i oddalały pragnienie.

Czym bliżej mety, tym częściej myślę o dość dużej ściance – ostatniej przeszkodzie, fachowo zwanej Quarter Pipe.

Meta, medal, woda

Ale tu jeszcze szła rozgrywka z zawodnikiem z niebieską opaską (moja fala), którego to doganiałem, to odskakiwał na 20 metrów. Sprawnie pokonywał podbiegi i przeszkody. Doganiałem go na prostych. Aż na którymś zbiegu się urwałem i czując bliskość mety podkręciłem tempo. Jednak umiejscowienie siebie względem odległości do mety i rywali było niemożliwe. Wymieszani ludzie z różnych fal i korytarze z taśm oznaczających trasy na 6 km? Na 12 km? W problematycznych momentach krzyczałem „w którą?” Przeważnie był wolontariusz wskazujący kierunek. I za to wielkie dzięki! I za łyk wody z prywatnej butelki.

Trasa zapętliła się wokół Cytadeli i wbiegam do naszego sportowego miasteczka. Parę przeszkód testujących siłę ramion i wyczekiwana Quarter Pipe. Wbiegnięcie, wskoczenie na nią wydaje się przeczyć prawom fizyki. Zatrzymałem się przed nią, by zawiązać buta i wyrównać oddech. Krótki rozbieg i chop! Uratowany. Przerzucenie się przez krawędź, cztery skoki z wysokich stopni i meta. Medal, woda, bezalkoholowe piwko… Brawo tato! Ale jesteś brudny – to od synka. Miło mieć kogoś, kto czeka. Zawsze też to plus 50 do motywacji.

 

 Quarter Pipe to przeszkoda, która dała się wszystkim we znaki (fot. Dawid Żak)

 

Za chwilę wbiegł na metę zawodnik, z którym ścigałem się wokół Cytadeli. Przesympatyczny Tomek. Z energią nowonarodzonego zaczął mi gratulować i tłumaczyć, że skoro jestem tutaj z nim, to znaczy, że pobiegłem bardzo dobrze, bo on wygrał wrocławską edycję Men Expert Survival Race. Dzięki Tomek za uświadomienie, a przede wszystkim wspólny bieg!

Mimo, że nie jest to mój ulubiony rodzaj biegów, czuję się wybawiony i zrealizowany sportowo. Pokonywanie przygotowanych przez organizatora przeszkód przypomina dobrą podwórkową zabawę. Zabawę jaką chciałoby się przeżyć w dzieciństwie. Więc skoro nie było nam (rocznik środkowokomunistyczny) dane wtedy, to czemu nie teraz. Przeskalowaną w dorosłą rzeczywistość. Może być raz a dobrze. Można się w to wkręcić jak za dziecięcych czasów w zabawę z błotem. Błoto wciąga.