Celiński: Była szansa na podium w Tenzing Hillary Everest Marathon

Robert Celiński
 źródło: własne
09-06-2014 | 18:44

Autor: ŁZ

Robert Celiński (LOTTO Extreme) jest najlepszym obcokrajowcem w historii Tenzing Hillary Everest Marathon. Zajął w czwartek 8. miejsce. W "Przeglądzie Sportowym" opowiada o kulisach morderczej walki.

- Przed ostatnie półtora miesiąca żyłem poza cywilizacją. To życie pochłonęło mnie bez reszty i już nie mogę się doczekać, kiedy wrócę w Himalaje za rok. Nie tylko dlatego, że obecny wypad, mogę przyznać to bez fałszywej skromności, okazał się sukcesem - relacjonuje maratończyk. - Dziewiąte miejsce w Tenzing Hillary Everest Marathon, najlepsze zajęte przez obcokrajowca w historii biegu, gdy się o tym dowiedziałem na mecie, byłem nawet nieco zszokowany. Do tego wygrana w kategorii przyjezdnych i przeszło godzinna przewaga na mecie nad kolejnym. Nowy rekord trasy w kategorii obcokrajowców - 4,39,39. Ukończenie ekstremalnie trudnego maratonu, mimo prawdopodobnego dwukrotnego złamania palców lewej ręki...

 

Ale od początku. Aklimatyzacja przebiegała pomyślnie, mimo pewnych dolegliwości z kamieniem nerkowym, którego musiałem wydalić po dziesięciu dniach. Sporo biegałem wokół Namcze Bazar, do Tengbocze z cudownym klasztorem i nieziemskimi widokami na Mount Everest i Lhotse. Kluczowe były jednak trzy ostatnie dni, które przypieczętowały losy większości startujących, w tym mój.

 

Od chwili przybycia do Gorakszep, miałem wspaniałą pogodę. Cieszyłem się,bo najbardziej lubię biegać w słońcu. Radość nie trwała jednak długo. Pierwszej nocy nadeszła burza śnieżna i zapoczątkowała trzydniowy opad śniegu. Napadał ponad metr białego puchu. We wtorek, dwa dni przed startem udałem się do Base Camp na wysokości 5364 m n.p.m., gdzie miałem dołączyć do zorganizowanej grupy biegaczy oczekujących na start. To był błąd, bo powinienem zostać w Gorakszep tę jedną noc dłużej. Zasugerowałem się tym, że lokalna prognoza pogoda przewidywała kolejny dzień z deszczem, który miał zmyć śnieg z trasy, ale tak się nie stało. Noc spędziłem na lodowcu, tak jak prawie wszyscy, prócz moich najgroźniejszych rywali Szerpów.

 

Noc była bezsenna, co chwila musieliśmy od środka namiotu walić w połę, by zwalać śnieg, który stawał się coraz cięższy i groził zawaleniem namiotu. Pomagali nam w tym też organizatorzy, którzy całą noc przemieszczali się pomiędzy namiotami i od zewnątrz też zwalali śnieg z namiotów. Rano, po szybkim śniadaniu, otrzymaliśmy wiadomość, że musimy się jak najszybciej ewakuować, bo będziemy odcięci od świata i będą poważne kłopoty z ewentualną pomocą. 10 minut i byłem gotowy do wymarszu.

 

Wyruszaliśmy kilkoma grupami, ja w trzeciej z moim kolegą z Nowej Zelandii. Szybko dogoniliśmy dwie pierwsze i wyprzedziliśmy je. Ja i kilku zawodników, zmieniając się, przecieraliśmy szlak, tu wymiękali nawet nasi przewodnicy Szerpowie. Odcinek o długości 5 kilometrów przedzieraliśmy się w metrowej warstwie śniegu prawie przez 5 godzin. Masakra. To kosztowało mnie najwięcej energii, którą straciłem dzień przed startem, a którą akumulowałem przez poprzedni tydzień. Gdy dotarliśmy do Gorak Szep byłem całkowicie wyeksploatowany. Czułem, że tej energii zabrakło mi podczas startu. Na ostatnich kilometrach szybko zaczęło się wypogadzać. Słońce tak mocno świeciło, że mi prawie spaliło usta i nos. Całą noc czułem, jak mi pęka skóra w tych miejscach. Nie było to przyjemnie, ale najważniejsze, że udało się uniknąć odwodnienia.

 

Ranek w dniu maratonu było słoneczny z małym mrozem. Śniegu dużo. Pierwsze kilometry okazały się kluczowe. Trasa była oblodzona, maksymalnie śliska. Na pierwszym kilometrze wywróciłem się i prawdopodobnie złamałem kciuk w lewej ręce. Na kolejnym kilometrze zaliczyłem kolejną wywrotkę i najpewniej złamałem drugi palec, zaraz za paznokciem w tej samej ręce. Adrenalina działała, aż takiego bólu nie czułem, ale komfortu bynajmniej nie miałem. Starałem się o tym nie myśleć i biec dalej. Nawet dobrze sobie radziłem, wyprzedzając kolejnych Szerpów, którzy do tej pory biegli w czołówce ze mną. Warunki wykorzystywałem jak należy, bo wiedziałem, że Szerpowie rzadko biegają po śniegu, a ja często biegam zimą, także po górach.

 

Z czasem śnieg zaczął topnieć i na trasie robiło się błoto z kałużami. Prawdziwy wysokogórski cross. Mijałem kolejnych Szerpów, którzy nie radzili sobie na trasie. Trasa została wydłużona w jednym miejscu o 2,5 km w jedną stronę i tym samym więcej biegliśmy na wysokości około 4500 metra. W drodze powrotnej dwukrotnie zbłądziłem i zboczyłem z trasy, bo flagi które wyznaczały trasę były złamane i nie było ich widać i nie wiadomo gdzie biec. Straciłem w tych przypadkach sporo czasu.

 

Im bliżej Namcze Bazar, tym warunki były lepsze. Wyprzedzałem kolejnych zawodników, bo też bardzo dobrze poznałem ostatnie odcinki podczas prawie półtoramiesięcznych treningów, choć warunki były całkowicie inne. Na ostatnich metrach ścigałem się z dwoma zawodnikami, których dochodziłem. Jeden, niestety, uciekł i przybiegł z przewagą 10 sekund. Z tym drugim wpadłem równo na metę. Sędziowie jemu przyznali ósmą lokatę. Pomijając te niefortunne przypadki, pozycja na mecie byłaby zupełnie inna, zdecydowanie lepsza, może w okolicy trzeciego miejsca?

 

Cieszę się, że wystartowałem tu drugi raz. Zdobyłem jeszcze większe doświadczenie w tych górach. Muszę wrócić za rok. Szansa na medal wydaje się realna...