BOLT: Potrafię naprawiać dziurawe ciuchy

Usain Bolt
 /  fot. Dylan Martinez  /  źródło: Reuters
Joanna Rudnik 05-01-2016 | 11:31

Autor:

Ubóstwiam bieganie, jest moim sposobem na życie - mówi w wywiadzie z Joanną Seligą Usain Bolt. W tym akurat względzie fenomenalny Jamajczyk nie różni się niczym od kilkunastu milionów ludzi na całym świecie.

Joanna Seliga: Czy jest choć jedno miejsce na ziemi, w którym może pójść pan na imprezę jako anonimowy człowiek?

Usain Bolt: Tak, na Jamajce. Ludzie znają mnie tam od małego i traktują jak normalnego faceta z sąsiedztwa, dzięki czemu nie mam problemów ze spokojnym wyjściem na imprezę i byciem sobą. W rodzinnych stronach moja obecność nie jest wielkim wydarzeniem, a ja mogę się zrelaksować.

 

Niektórzy dopatrują się w pana mięśniach nietypowej budowy, bliższej gepardowi niż człowiekowi.

Usain Bolt: Nie jest tajemnicą, że natura nie poskąpiła mi predyspozycji do sportu, w szczególności do biegania. Samym talentem nic bym jednak nie mógł zdziałać. Kiedyś co prawda brakowało mi dyscypliny i samozaparcia, lecz teraz już wiem, że bez ciężkiej pracy byłbym na bieżni praktycznie nikim. Choć nadal nie lubię się przesadnie męczyć, a dystans powyżej 400 m sprawia, że mam ochotę wyć do księżyca.

 

Rozmawiałam niedawno z Justinem Gatlinem i powiedział mi, że chciałby zostać okrzyknięty światowym numerem jeden po wygraniu biegu w towarzystwie wszystkich najlepszych sprinterów świata, w tym właśnie pana. Potraktuje to pan jako wyzwanie?

Usain Bolt: Chętnie wezmę udział w takim biegu, ale będzie on miał sens jedynie w imprezie rangi mistrzowskiej. Czempionat globu czy igrzyska olimpijskie rzeczywiście byłyby ku temu idealną sposobnością. Jeśli tylko przez kolejne etapy eliminacji przeszliby najlepsi z najlepszych, taki wyścig z siedmioma czołowymi, na dany moment sprinterami, biegnącymi bark w bark, miałby dużą wartość. W innym przypadku, gdyby stawką nie były medale, wygrana już by się tak bardzo nie liczyła.

 

Pan zdobywanie medali ma chyba we krwi

Usain Bolt: Nie będę oryginalny – kluczem do sukcesu jest ciężka praca. Skupienie, stuprocentowe poświęcenie... To także czynniki, które mają wpływ na umiejętność zadomowienia się na szczycie. Mam to szczęście, że moją karierę prowadzi wspaniały trener Glen Mills, z którym doskonale się dogaduję. Kiedy trzeba, mobilizuje mnie do wytężonego treningu, tłumacząc, dlaczego mam wykonywać dane ćwiczenie, a kiedy trzeba rozluźnić atmosferę, potrafi mnie rozśmieszyć. Mam dookoła siebie też innych ludzi, dzięki którym nie spadłem ze sprinterskiego piedestału, którzy dbali o to, bym nie spoczął na laurach. Środowisko, w jakim obraca się sportowiec jest istotne.

 

Dla wielu szaleństwem jest mówienie o uzyskaniu 9.4 s na 100 m i zejściu poniżej 19 s na 200 m. Nie spocznie pan, dopóki tego nie osiągnie?

Usain Bolt: Wierzę, że jest granica ludzkich możliwości, ale gdzie ona się znajduje? Na pewno chciałbym być pierwszym człowiekiem, który złamie dziewiętnaście sekund. Niemniej, choć bicie rekordów świata jest dla mnie oczywiście bardzo ważne, nie skupiam się na samych czasach na tyle, by na przykład uzależniać od nich przejście na sportową emeryturę. Ostatecznej decyzji jeszcze nie podjąłem, ale na pewno wybór rozegra się pomiędzy dwoma terminami. Odejdę albo po igrzyskach olimpijskich w 2016 r., albo po mistrzostwach globu w 2017 r.

 

Na jakim dystansie panu zależy bardziej – 100 czy 200 m?

Usain Bolt: Bieg na 100 m jest zdecydowanie bardziej prestiżowy, przy nim 200 m prezentuje się niczym ubogi krewny. Serce jednak nie sługa – oddałem je dystansowi dwukrotnie dłuższemu. Dlaczego? Pierwsze, co mi się ciśnie na usta, to stwierdzenie: to po prostu mój bieg. Wynika to chyba z tego, że startuję na 200 m od dzieciaka, dążąc przez cały ten czas do perfekcji na każdym metrze tego dystansu. Przynajmniej zbliżony do ideału występ na 200 m nie jest rzeczą prostą, bo to bieg zdecydowanie bardziej wymagający technicznie. Trener zawsze mi powtarza, żebym nie przejmował się nieco mniej dynamicznym wyjściem z bloków. Z pewnymi rzeczami się nie wygra. Jestem wysoki i już tego nie zmienię, a to właśnie imponujący wzrost jest przy starcie największym problemem. Najważniejsze jednak, że nie liczy się, jak mężczyzna zaczyna, tylko jak kończy. Grunt to minąć metę na pierwszej pozycji, nic innego nie ma znaczenia.

 

Mimo to nadal znajdą się osoby, które w obliczu szerzącej się w lekkiej atletyce plagi dopingu będą pana podejrzewały o nielegalne wspomaganie. To boli?

Usain Bolt: Zdążyłem się już przyzwyczaić, że moje nazwisko regularnie łączone jest ze skandalami dopingowymi. Od prawie piętnastu lat i nigdy nie dałem nikomu powodu do choćby cienia wątpliwości co do mojej uczciwości. Jestem czysty – mogę powiedzieć tylko i aż tyle.

 

Co zamierza pan robić po zakończeniu kariery w sprincie?

Usain Bolt: Nic w tej materii się nie zmieniło, a ja, wbrew pozorom, wcale nie żartuję – chcę po odejściu z bieżni grać w piłkę nożną! Najchętniej widziałbym siebie w roli pomocnika. Uwielbiam jednak nie tylko grać w piłkę, ale i oglądać, jak robią to inni.

 

Co by pan wybrał, gdyby mógł cofnąć czas?

Usain Bolt: Nie, nie cofnąłbym czasu, nawet mając w kieszeni piłkarską karierę w ukochanym Manchesterze United. To dzięki lekkiej atletyce mam szansę spełniać się zawodowo. Ubóstwiam ten sport, jest moim sposobem na życie.

 

Czy to grając w piłkę, czy robiąc coś innego, chyba i tak nigdy nie będzie mógł pan zaszyć się w cieniu. W ogóle by pan tego chciał?

Usain Bolt: Rzeczywiście zdarzają się momenty, w których jest mi o wiele trudniej przez to, kim się stałem dla opinii publicznej. Myślę sobie wtedy: życie w cieniu mogłoby być dużo prostsze. Na co dzień znajduję się pod stałą obserwacją z niemal każdej strony, więc o zachowaniu prywatności właściwie nie może być mowy, a i o choćby chwilę spokoju jest niezwykle trudno. Kiedy czuję się przytłoczony, szybko się jednak reflektuję. Jestem dozgonnie wdzięczny ludziom za wszystko, co osiągnąłem w życiu, jako sportowiec, ale nie tylko.

 

W ostatnich latach nie miał pan problemów ze zdrowiem. W tym sezonie wręcz odwrotnie – przez kontuzję stopy kilkakrotnie przesuwał pan termin powrotu. Było to sporym wyrzeczeniem dla kogoś, kto nie jest przyzwyczajony do urazów?

Usain Bolt: Swój przydział kontuzji uczciwie wyrobiłem już lata temu, na samym początku kariery. Trochę tych niemiłych przygód wtedy miałem i rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że urazy się mnie kurczowo trzymają. Niemniej takie są skutki uboczne zmuszania ciała do przekraczania limitów i skrajnego wysiłku. Było mi w ostatnim czasie ciężko, nie przeczę, ale wiedziałem, że ceną za powrót jest trening i dlatego ćwiczyłem dwa razy więcej. To normalne, że od czasu do czasu mięśnie czy stawy nie wytrzymują.

 

Czy po czterech sierpniowych startach, jakie przed panem, będzie można w ogóle uznać ten sezon za odbyty?

Usain Bolt: W tej chwili myślę już o dwóch kolejnych latach. Z powodu konieczności przejścia zabiegu tegoroczne starty musiałem już niestety spisać na straty. Z drugiej jednak strony taki rok może się okazać zbawienny dla mojego steranego organizmu. A że na odpoczynek normalnie bym sobie pozwolić nie mógł, to perspektywa kilku luźniejszych miesięcy powinna mi pomóc w przygotowaniach do arcytrudnych sezonów, jakie mnie czekają.

 

Pobiegnie pan w tym roku po raz pierwszy na stadionie innym niż lekkoatletyczny. Dla pana jako wielkiego fana futbolu start na Stadionie Narodowym w Warszawie będzie nie lada gratką?

Usain Bolt: Występ na piłkarskiej arenie w Polsce zapowiada się wyjątkowo. Kocham futbol, kocham piłkarskie emocje i na taki sam poziom wrażeń liczę u was w sierpniu. Do tej pory zdarzało mi się biegać w nietypowych okolicznościach, ale nigdy na stadionie przeznaczonym do gry w piłkę.

 

Zatem w jakich innych dziwnych miejscach miał pan okazję się sprawdzić?

Usain Bolt: Na pewno wyjątkowy był odbywający się w 2009 r. w Manchesterze bieg uliczny, w którym wystąpiłem na 150 m na specjalnie położonym w samym centrum miasta tartanie (Bolt pobił wtedy należący do Włocha Pietro Mennei rekord świata, który wynosi teraz 14.35 s – przyp. red.). Po raz pierwszy wystartowałem wówczas poza stadionem. Było to dla mnie coś zupełnie nowego i ekscytującego. Poza tym biegałem na Copacabanie w Rio de Janeiro. W tym roku zresztą również czeka mnie występ na brazylijskiej plaży. Ten kraj ma dla mnie wyjątkowe znaczenie, ponieważ za dwa lata będę tam chciał ponownie obronić olimpijskie tytuły. To priorytet, na którym się obecnie skupiam. Trzykrotne zgarnięcie trzech złotych krążków to byłoby dopiero coś! Nie marzy mi się nic więcej.

 

Pojawiłby się pan w klubie we własnoręcznie uszytym ubraniu? Podobno umie pan szyć.

Usain Bolt: Tak naprawdę nigdy nie udało mi się uszyć samemu żadnego ubrania, ale nauka mamy nie poszła w las. Nauczyłem się dzięki niej dobrze władać igłą i naprawiać dziurawe ciuchy!

 

Pochodzi pan z Jamajki, więc reggae?

Usain Bolt: To prawda, jestem wielkim fanem muzyki w ogóle, choć do kilku jej rodzajów mam szczególną słabość. Preferuję reggae, dancehall, r&b i hip-hop. Mam wielu znajomych, którzy na co dzień zajmują się didżejką, dzięki czemu mogę podpatrywać ich pracę z bliska. Wydaje mi się, że gdybym nie był sportowcem, przy odrobinie praktyki mógłbym zarabiać na życie właśnie jako didżej.

 

Powiedział pan kiedyś, że pana ulubionym utworem jest kawałek Boba Marleya pt. One love.

Usain Bolt: To świetna piosenka, niezależnie od tego, w jakim miejscu na świecie jest grana, wszyscy ludzie momentalnie ją rozpoznają, zaczynając nucić czy śpiewać. A jest moją ulubioną, ponieważ wywołuje uśmiech na twarzy każdej z tych osób.

 

Zatem w rytmach którego hitu najchętniej świętowałby pan potrójne złoto w Rio de Janeiro?

Usain Bolt: Nie chciałbym wybierać już teraz Do tej pory na rynku muzycznym pojawi się na pewno wiele nowych, wpadających w ucho kawałków! Z pewnością uda mi się coś odpowiedniego na tę okazję wybrać.