BMW Półmaraton Praski – uratował mnie Maanam

zobacz zdjęcia » Start 2. BMW Półmaratonu Praskiego
 /  fot. Piotr Kucza  /  źródło: newspix.pl
Jakub Radomski 31-08-2015 | 11:00

Autor:

Takich opowieści mogłoby by być prawie 6 tysięcy, bo każdy ma własne wspomnienia z biegu po prawobrzeżnej Warszawie. Swoje wrażenia przedstawia Jakub Radomski – dziennikarz Przeglądu Sportowego i serwisu czasnabieganie.pl

Płaska, szybka trasa. Do tego start już o 8.45 rano, więc dwie godziny w miarę spokojnie powinienem złamać – takie miałem nastawienie tuż przed startem II BMW Półmaratonu Praskiego. Szybko się zmieniło. Dwie godziny co prawda złamałem, byłem nawet bliski poprawienia rekordu życiowego na tym dystansie (1:57:00 z Wiązowny z 2007 roku). Zabrakło 50 sekund, ale gdybym w końcówce bardziej walczył o czas, nie wykluczam, że na mecie bym zemdlał. To był jeden z najcięższych biegów, w jakich startowałem. Przez upał, zbyt małą liczbę treningów i kilka błędów taktycznych, które popełniłem.

Na szczęście była muzyka

Właśnie – muzyka. Dzień przed biegiem kupiłem specjalny uchwyt na ramię, pozwalający zamocować tam telefon i dzięki temu jej słuchać. Stwierdziłem, że czas to przetestować. Lata temu, w liceum nie potrafiłem sobie wyobrazić biegania bez muzyki, później, jak już wychodziłem (zdecydowanie za rzadko) biegałem najczęściej z kimś albo w samotności, rozglądając się dookoła. Ale w zawodach, szczególnie takich długich, potrzebujesz motywacji. Stworzyłem sobie trwającą ponad dwie godziny składankę 24 utworów Maanamu i tuż po starcie ją odpaliłem. I wiecie co? Pomogło. Mało tego – muzyka mnie na tym biegu uratowała. Poza tym nigdy nie sądziłem, że Maanam ma tyle piosenek, które, choć tak naprawdę mówią o czymś innym, coraz bardziej zmęczony człowiek może sobie powiązać z biegiem i pokonywaniem siebie (nie mylić z zespołem Feel).

„My jesteśmy bardzo silni, my jesteśmy bardzo śmiali.

My jesteśmy bardzo silni. Jesteśmy po prostu ze stali”

Maanam, „Jesteśmy ze stali”. Piąty kilometr

 


 Jakub Radomski z medalem 2. BMW Półmaratonu Praskiego

Sukces w takim biegu to kompilacja detali

Przed startem chwilę się wahałem, czy założyć czapkę z daszkiem. Ostatecznie wygrała opcja: „Po co? Przecież będą punkty z wodą. Poleję się nią, jak będzie mi źle”. I to był pierwszy z kilku błędów, które popełniłem. Początkowe kilometry nie zapowiadały kłopotów. Mijały spokojnie, na luzie, szybko złapałem rytm i starałem się pilnować, by nie biec za szybko. No właśnie – starałem się. Pierwszy punkt z wodą? Biegnę dalej, przecież czuję się świetnie. Wręcz byłem zaskoczony tym, jak wiele osób się zatrzymywało, by pić wodę, polać się nią po twarzy lub wchłonąć izotonik. Na piątym kilometrze czułem się bardzo silny. Kolejny punkt? Lecę dalej, po co tracić czas. Pierwsze zmęczenie przyszło na ósmym kilometrze, gdy biegliśmy na południe i słońce zaczęło mocno prażyć w twarz. Lekkie osłabienie, lekki ból głowy. Myślałem, że po nawrocie będzie dużo lepiej, ale słońce, tym razem uderzające w plecy i kark, nie ustępowało. Punkt nawadniania. Tym razem łapię w biegu wodę i wylewam sobie na twarz. Pomaga, ale na krótko. Wreszcie widzę przed sobą flagę ze znakiem „10km”. W czasie biegu nie lubię sprawdzać czasu, bo chcę, by była to przede wszystkim przyjemność, ale tym razem spojrzałem na Endomondo. 57 minut? Pewnie coś koło tego. A tu zaskoczenie – aplikacja pokazywała niewiele ponad 53 minuty. Pierwsza myśl była taka: „Przecież ja od 10 lat nie przebiegłem dychy poniżej 50 minut. A tu w upale takie tempo”. A druga, prorocza: „Biegłem za szybko. Zaraz będzie bardzo źle”.

„Do kogo biegłam nie pamiętam,

A Ty do kogo – nie chcę wiedzieć”

Maanam, „Do kogo biegłam”. Jedenasty kilometr

Jedna z moich ulubionych piosenek Maanamu. Tak, wiem, jak prawie każda opowiada o miłości, w tym przypadku o przypadkowym spotkaniu dwojga ludzi. Ale dla mnie nagle stała się opowieścią o cierpieniu na trasie.

 


 

Stopniowo odcina mi prąd

Niby jestem już za półmetkiem, ale to jeszcze dziesięć kilometrów. Czuję jak stopniowo odcina mi prąd. Chciałbym zdjąć czapkę i na każdym punkcie moczyć ją w specjalnym wiadrze z zimną wodą, ale… jej nie mam. Być może powinienem myśleć o tym, dokąd biegnę, gdzie jestem i jak prowadzi trasa, ale nie umiem. Wolę skupić się na walce z samym sobą, bo ona właśnie się zaczęła. Co robić? Przejść w bardzo wolny trucht i jakoś spróbować dowlec się do mety? Nie, bez sensu, jeszcze jakoś stawiam kroki. Spróbuję utrzymać tempo, które ciągle było lepsze niż 5:30/km. Najwyżej przyjdzie dużo większy kryzys. Powalczę z nim. Dziwię się, że mimo tych problemów wyprzedzam ludzi, a nie jestem wyprzedzany. W pewnej chwili mijam kolegę, który mówi coś do mnie. Pokazuję tylko, że nie chcę rozmawiać. Jest coraz gorzej. Na kolejnym punkcie w biegu piję izotonik i jem kawałek banana, ale efekt jest taki, że zaczyna mnie boleć żołądek.  W tej chwili dociera do mnie, że upał podczas biegu to zupełnie inna bajka niż np. podczas jazdy rowerem. Tam na zjazdach, albo nawet na płaskim, owiewa cię wiatr i jest dość sympatycznie. Poza tym cały czas masz jakiś napój w bidonie. Tu tego nie ma. Cierpisz. A do kolejnego punktu z wodą trzeba się jakoś doczłapać.

„Tysiące twarzy, setki miraży,

To człowiek tworzy metamorfozy”

Maanam, „Szare miraże”, piętnasty kilometr

To nie marszobieg

Piętnasty kilometr. Jezu, to jeszcze sześć. W głowie pojawia się myśl, że nie dam rady cały czas biec, że będę musiał podchodzić. I od razu kontra: „Przecież to półmaraton, a półmaraton to bieg, do cholery. Bieg, a nie marszobieg”. Mam wrażenie, że choć wciąż biegnę, to nie ma już w tym żadnej lekkości, a po prostu zacząłem się snuć. Dobra, już wiem. Przed punktem na 17. kilometrze przejdę w marsz, zjem coś i wypiję spokojnie idąc, później przejdę jeszcze z 200 metrów i dopiero zacznę biec. Tak też zrobiłem, tyle że gdy tylko przeszedłem w bieg, czekało mnie dwieście metrów podbiegu. Normalnie lubię podbiegi, na treningach nawet czasami w takich miejscach przyspieszam, ale tu było inaczej. Jakoś wbiegłem. Później w dół. I już mam dosyć, mimo że zbiegałem. W dodatku po kolejnym nawrocie znów to cholerne słońce wali w twarz jak bokser, który chce jak najszybciej cię znokautować. Wiem, że nie dobiegnę do końca, więc wyznaczam sobie kolejny cel – 19. kilometr. Tam mogę chwilę podejść. Ale chwilę. Na szczęście ulokowano tam ostatni punkt odżywczy, więc powtarzam swój manewr. Gdy idę, pijąc izotonik, wszyscy mnie wyprzedzają. Głupie uczucie. Jeszcze dwa kilometry, półtora, kilometr. Słychać już spikera, coraz głośniej. Skręcamy w lewo i wbiegamy do Parku Skaryszewskiego. „Trzysta metrów!” – krzyczy ktoś. OK, tylko ja ledwo się poruszam, więc te 300 metrów to dla mnie nie trzy czwarte okrążenia na stadionie, ale jakieś 200 kroków, które jeszcze muszę postawić. Mam wielką ochotę, by znowu iść i chcę to zrobić, ale nagle wyłania się tabliczka z napisem „meta”. Wreszcie. Jakoś do niej dobrnąłem. Gdy inni jako tako szli sto metrów dalej, by odebrać medal, miałem ochotę położyć się na betonie i poleżeć z kwadrans. Zresztą wiele osób tak zrobiło, tylko trochę dalej. Cały park wypełniony był biegaczami leżącymi na trawie i dochodzącymi do siebie. Padniętymi, a jednocześnie szczęśliwymi, że w tych trudnych warunkach pokonali nie tylko rywali, ale też siebie. Przede wszystkim siebie. Choć na trasie działy się różne rzeczy, też te mniej przyjemne. Tylu ludzi, którzy mdleli i udzielano im pomocy, jeszcze nie widziałem.

 


 

Warto było

Gdy kilka godzin później zerknąłem na Endomondo, zdziwiłem się, że jednym z najszybszych moich kilometrów był… piętnasty. Później zerknąłem na swoją playlistę i już znałem odpowiedź. Zawierała się w dwóch słowach: „Szare miraże”. Chyba nieświadomie dostosowałem się do tempa piosenki, biegnąć wśród tysięcy ludzi i jednocześnie nie wierząc już w żadną metamorfozę. Postanowiłem, że od soboty każdy tego typu bieg będę pokonywał z muzyką.

Na organizację BMW Półmaratonu Praskiego do pewnego momentu nie można było w ogóle narzekać. Przed startem każdy wiedział, gdzie znajdzie szatnię, a gdzie toalety. Do poszczególnych stref wchodziło się błyskawicznie. Na trasie wyjątkowo dużo punktów odżywczych, na każdym woda, izotonik, a do tego kilka miejsc z kurtynami wodnymi. Warto było. Zdziwiłem się dopiero na mecie, gdy okazało się, że każdy uczestnik dostaje dużą butelkę wody i raptem dwa batoniki. Jakiś izotonik? Zapomnij. Posiłek na ciepło? Sorry, nie ma. Słyszałem, że po niedawnym półmaratonie w Radzyminie, przy 30 stopniach ciepła zaskoczonym zawodnikom podawano na mecie… grochówkę, ale tu można było zainwestować przynajmniej w jakiś makaron. Przykład? Na Tour de Pologne Amatorów w Bukowinie po dojechaniu na metę każdy dostawał wodę, izotonik i jeszcze porcję pożywnej pasty, która wchodziła jak mało kiedy. A startowało tam prawie dwa tysiące osób.

„Pewnie znów wygra jakiś Kenijczyk, jak zawsze” – usłyszałem gdzieś obok siebie tuż przed startem. Fajnie, że człowiek, który to powiedział, był w błędzie. Bieg wygrał Marcin Chabowski w świetnym jak na warunki czasie 1:03:52. Gdy rozmawialiśmy w czwartek i mówił mi, że przyjeżdża do Warszawy, by wygrać, zaskoczyła mnie jego pewność siebie. Jednak mimo kłopotów żołądkowych, z którymi się zmagał, drugiego Kenijczyka Johna Tanui wyprzedził o prawie dwie minuty. Mało tego – Chabowski po 10 kilometrach biegu miał czas 29:42. Dla wielu ludzi wyzwaniem jest przebiegnięcie takiego odcinka dwa razy wolniej. A on pobiegł jeszcze dalej. W upale. Dużo dalej…

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~Paweł Użytkownik anonimowy
~Paweł
No photo~Paweł Użytkownik anonimowy
do ~JLP:
No photo~JLPUżytkownik anonimowy
23 wrz 15 21:33 użytkownik ~JLP napisał
Biegłem tuż po kontuzji celowałem 1:45 (M50) nie myślałem że będę musiał przystawać. W sumie średnio wyszło wolniej niż biegam maraton.

Nie rozumiem tylko jednego coraz więcej sponsorów a opłaty za udział w biegach coraz wyższe.
Biegłem prawie bez przygotowania w Berlinie w 1,36 mam 46 lat i biegam nieregularnie, po za tym jeżdzę do pracy rowerem , to chyba całkiem niezłe .
12 sie 16 23:22
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~JLPUżytkownik anonimowy
~JLP :
No photo~JLPUżytkownik anonimowy
Biegłem tuż po kontuzji celowałem 1:45 (M50) nie myślałem że będę musiał przystawać. W sumie średnio wyszło wolniej niż biegam maraton.

Nie rozumiem tylko jednego coraz więcej sponsorów a opłaty za udział w biegach coraz wyższe.
23 wrz 15 21:33
Liczba głosów:0
0%
0%
| odpowiedzi: 1
Link do tego komentarza: