Biegowy debiut. "70-letni dziadek zjadł mnie na śniadanie"

Oskar Kaczmarczyk zadebiutował w Mysłowicach
 źródło: SPORT
22-01-2015 | 20:38

Autor: Oskar Kaczmarczyk

Oskar Kaczmarczyk, jeden z trenerów siatkarskich mistrzów świata, szykuje się do maratonu. W Mysłowicach zaliczył biegowy debiut (15 km). Oto fragment jego niesamowitych wrażeń.

Emocje, które towarzyszyły mi tuż przed startem najlepiej opiszą chyba liczby. Każdego kolejnego dnia -wychodząc na trening - mój pulsometr pokazuje tętno między 65 a 75 bpm. Na minutę przed startem pokazywał 110 bpm. I będąc zupełnie anonimowym, nie konkurując z nikim stojącym obok w grupie, nie walcząc z jakąkolwiek życiówką - bo jej zwyczajnie nie miałem - adrenalina zrobiła swoje. Stosując elementy treningu mentalnego - wizualizację stanu pełnego relaksu - udawało mi się uspokajać tętno do około 80 bpm jednak chwilę po ich zakończeniu tętno wracało do tych 110-ciu. Już wtedy - zanim wystartowałem - zdałem sobie sprawę, że przed maratonem muszę pobiec w kilku podobnych imprezach. By nauczyć się radzić sobie z emocjami.

Nie dać się ponieść ego, nie szarżować, po prostu dobiec do mety - tak w skrócie wyglądał mój plan taktyczny na ten bieg. I to była wewnętrzna walka, którą już na samym początku musiałem ze sobą stoczyć.

Z pierwszych dwóch minut biegu pamiętam jedynie tyle, że mijali mnie jeden po drugim. A ja walczyłem nie z nimi, a z samym sobą, żeby nie dać się zwariować i po prostu biec w swoim tempie. I wtedy, gdy chyba emocje powoli zaczęły opadać, usłyszałem coś co zapamiętam na długo. Dźwięk, który hipnotycznie uzależnia.

Trzymając się zasady - jak jest zima, musi być zimno - niedawno mój iPhone podczas trzech treningów z rzędu zastrajkował, pokazując mi, że w warunkach mocno poniżej zera pracować nie będzie. A że nic nie dzieje się bez przyczyny nauczyłem się (a może zrozumiałem?), że cudownie biegnie się bez słuchawek na uszach. I tak było podczas sobotniego biegu.

I biegnąc zupełnie wolnym usłyszałem - gdy już te emocje opadły - oddechy swoich współtowarzyszy biegu i odgłos ich przemieszczających się stóp. Dźwięk, którego nie uświadczysz podczas niedzielnego joggingu. Dźwięk, który natychmiast pozwolił mi zrozumieć - czemu ludzie masowo biorą udział w wyścigach, mimo, że nie mają szans ich wygrać. Dlatego nazwałem ich współtowarzyszami, a nie rywalami. Tylko nieliczni na każdym biegu się ścigają z kolegą obok. Reszta walczy sama ze sobą. I zwyczajnie delektuje się samym startem.

Walczyłem ze swoim ego, oprócz wspomnianego startu, zaledwie dwa razy - co uznaje za ogromny sukces. Ten pierwszy, chyba zrozumiecie, gdy mijał mnie - bodaj na drugim kilometrze - na oko siedemdziesięcioletni dziadek, którego już więcej na trasie tego biegu miałem nie zobaczyć. Widziałem siebie jego oczami, jako leszcza, którego on zjada zanim jeszcze się rozgrzeje, ale szybko - śmiejąc się w duchu z samego siebie - wróciłem do swojego biegu i kontrolowania tempa, które uważałem za optymalne.

Motywacji w trakcie takiego biegu nie trzeba szukać. Jest wszędzie. Od dziadka co Cię właśnie zjadł na śniadanie, po koszulki, które mają na sobie inni biegacze. Był taki jeden - akurat gość z kijkami do Nordic Walkingu - któremu mijając podziękowałem, bo tekst na jego plecach był świetny. Niestety szybko go zapomniałem.

 

Debiut biegowy, Oskar Kaczmarczyk

 

Mijając dziesiąty kilometr wiedziałem, że czas, który będę miał na mecie będzie szybszy niż po cichu oczekiwałem Nie dając się jednak zwariować po prostu biegłem, delektując się tym co właśnie odczuwam. Szczerze powiedziawszy, ten bieg to świetna metafora dnia codziennego. Często zanim coś zaczniemy robić, mamy już wobec tego wiele oczekiwań psując czystą radość z samego działania. Zanim pójdziesz pierwszy raz w życiu pobiegać choćby pięć minut, widzisz już siebie na trasie maratonu. A później się okazuje, że te pięć minut to wieczność i podcina to skrzydła, by rzeczywiście spróbować przebiec ten dystans. Tak jest wszędzie, na każdym polu. Chcemy rezultatów nie ciesząc się samą próbą ich zdobycia.

 

Debiut biegowy, Oskar Kaczmarczyk

 

Drugi raz, tym razem przegrywając, walczyłem ze swoim ego na mecie. Z perspektywy czasu sam już nie wiem czy tego żałuje czy nie - akceptuje, że tak się stało. Wydaje mi się jednak, że mogłem lepiej nacieszyć się samą linią mety niż to miało miejsce.

Z drugiej strony sklejenie misia tuż po zakończonej rywalizacji z innym biegaczem dało tyle niesamowicie szczerej radości nam obu, że chyba warto było to przeżyć. A jak do tego doszło? Normalnie. Ja przed nim, on za mną - wychodzimy z ostatniego zakrętu widząc, że za 200 m jest linia mety i szybciutko zapomnieliśmy o ponad 15 km w nogach. Ścigając się niczym na królewskiej setce, zarówno ja, jak i kolega Grzegorz (sprawdziłem w wynikach) daliśmy z siebie wszystko. Ja zapomniałem na moment o tym, że to mój debiut. I że tu nie chodzi o czas ani miejsce. A zająłem zaszczytne 143-cie :)

I mimo, że nikt mnie nie oceniał, nikomu nie musiałem nic udowadniać - i tak również będzie z maratonem - to adrenalina z samego startu mnie zaskoczyła. To emocje mogą dodać skrzydeł i mogą mocno zakłócić przygotowania. Widziałem to nie raz i nie dwa na parkietach siatkarskich. Warto się na to przygotować i z pewnością zanim stanę do maratonu chciałbym wystartować jeszcze przynajmniej w dwóch biegach.

 

Całą relację z debiutanckiego startu Oskara Kaczmarczyka w 8. Festiwalu Spełnionych Marzeń czytaj na jego blogu http://biegowy-oskar.przegladsportowy.pl/2015/01/22/ten-pierwszy-oddech-wspoltowarzyszy/