Biegnij Warszawo – dziennikarskim okiem

zobacz zdjęcia » Pomarańczowe Biegnij Warszawo 2015
 /  fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Jakub Radomski 06-10-2015 | 09:00

Autor:

Wśród blisko 10 tysięcy uczestników Biegnij Warszawo był dziennikarz serwisu czasnabieganie.pl i Przeglądu Sportowego Jakub Radomski. Oto jego wrażenia.

Jeden człowiek biegł, niosąc na plecach wielką pluszową maskotkę z napisem „Duduś”. Drugi pokonał trasę w zbroi rycerza. Trzeci miał napisane na koszulce, że bieg dedykuje żonie umierającej na raka. Pomysły i motywacje bywały różne, ale wszyscy mieli jeden cel – przebiec 10 kilometrów. Ostatecznie Biegnij Warszawo ukończyło 8620 osób. Łatwo nie było: chyba mało kto z organizatorów przypuszczał, że 4 października w Warszawie będzie w południe 21 stopni.

Biegowy pacjent
Podoba mi się taka masowość biegania. Gdzie w Warszawie nie pójdzie się na trening, i o jakiej porze (ostatnio doświadczyłem tego nawet o drugiej w nocy) nie trzeba wiele czasu, by spotkać biegającą osobę. Jedną, zaraz drugą, trzecią. Tata – ultramaratończyk - opowiadał mi kiedyś, że gdy zaczynał biegać w latach 80. (dziś robi w dobę około 170 kilometrów) i trenował w podwarszawskich Ząbkach, ludzie patrzyli na niego zdziwieni albo wręcz pukali się czoło. Traf chciał, że jedna z jego ulubionych pętli przebiegała akurat obok szpitala psychiatrycznego „Drewnica”, więc niektóre osoby być może dziwiły się mniej, bo brały go po prostu za jednego z pacjentów. Wtedy widok tysięcy pacjentów sunących w tych samych, pomarańczowych koszulkach ulicami Warszawy, byłby lekkim szokiem. Dziś jest normalnością i większość osób, które traciły czas przez zablokowanie ruchu, przyjęły to ze zrozumieniem. Choć pamiętam kilku trąbiących kierowców z twarzą wykrzywioną mieszaniną bezradności i nienawiści. Była też kobieta w średnim wieku, która gdzieś za piątym kilometrem, będąc blisko mnie, rzucała: „Kur.., znów ci jeb... biegacze. Czy oni nie mają co robić?!”. Cóż, wspomniana pani najwidoczniej dużo ciekawiej, dużo ambitniej i dużo zdrowiej spędza swój wolny czas. Na przykład oglądając ulubiony serial, bo właśnie tam, a nie w uprawianiu sportu, odnajduje prawdziwe życie.

 


 Na starcie stanęło ponad 9 tysięcy biegaczy

 

Poznaj nowicjusza 

Jeszcze na tydzień przed startem zakładałem, że w Biegnij Warszawo pobiegnę na maksa. Plan był taki, by na 10 kilometrów zejść poniżej 50 minut, co ostatni raz udało mi się w klasie maturalnej, czyli prawie dziesięć lat temu. Wszystko pokrzyżowała choroba. Od soboty byłem bardzo mocno przeziębiony i chyba nie powinienem startować. Ale co tam. Stwierdziłem, że zrobię sobie trening. Pierwsze trzy kilometry pokonałem wolno, w ogóle nie męcząc się, w tempie minimalnie poniżej 6 minut na kilometr. Wiedziałem, że na czwartym będzie dość długi podbieg i, gdy go zobaczyłem, ruszyłem do przodu. „O rany! Czuję, że na piątym kilometrze będę umierał” – narzekał jakiś człowiek obok mnie. Już od początku było widać, że wiele osób po raz pierwszy w życiu porwało się na taki dystans. Biegowego nowicjusza poznasz po kilku cechach. Prawie zawsze za szybko zaczyna. Często bardzo dużo gada, na przykład do kolegi, nie przejmując się tym, że ciężko oddycha. Często też, zwłaszcza w tłumie, biegnie bez wyczucia i wpada na innych. Już na drugim kilometrze mijałem ludzi, którzy najwidoczniej za szybko zaczęli, bo musieli podchodzić. Na początku podbiegu szybko ruszyła do przodu młoda dziewczyna. Biegłem za nią. Po dwustu, może trzystu metrach, ledwo szła. Kolka. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć osób, które dystans pokonują na zmianę szybko biegnąc i maszerując, tak jakby nie było czegoś pośrodku. Żadnego złotego środka. Ani w tym stylu, ani efektywności. Głupota.

Nogi nieźle niosły
Ciekawa i urozmaicona – tak w skrócie należałoby opisać trasę biegu. Podbieg zaczynał się, gdy z ulicy Sobieskiego był skręt w Spacerową. Nie był specjalnie stromy, ale ciągnął się na kilkaset metrów i widać było, że niektórym strasznie się dłuży. Co chwilę ktoś dostosowywał się swoim tempem do nazwy ulicy, a słowo na „k” i pięć liter padało tu z ust biegaczy równie często jak z ust polityków nagranych w restauracji „Sowa i Przyjaciele” (mijaliśmy na drugim kilometrze).  Później biegliśmy na zmianę to w cieniu, to w słońcu. Przyjemnie było na Piękniej, gdzie osadzone blisko ulicy budynki rzucały spory cień, ale już chwilę później, na Marszałkowskiej, było szeroko aż do ronda i było ciężej. Niby 21 stopni Celsjusza to nie tak dużo, ale ciepło dawało się odczuć, bo praktycznie nie było wiatru. Na tej prawie kilometrowej prostej, choć sam nie biegłem jakoś wyjątkowo szybko (około 5:25/km) mijałem wiele osób, które walczyły ze sobą. Zaciskały zęby, głośno oddychały. Niby były już za połową trasy, ale do mety ciągle daleko. Ósmy kilometr znajdował się obok Ronda de Gaulle’a. Wiedziałem, że już blisko i że do poziomu stadionu Legii, przy którym znajdowała się meta, trzeba jeszcze będzie całkiem sporo zbiec. Gardło bolało, ale nogi nieźle niosły. Ostatnio dwa kilometry przebiegłem poniżej dziesięciu minut.

 


 Jakub Radomski z medalem Biegnij Warszawo 2015

 

Napój, który nie dodał skrzydeł 
Nie rozumiem tylko jednego. Na kilkaset metrów przed metą obok trasy ulokowała się jedna z firm i rozdawała biegaczom napoje energetyczne. Tak, energetyczne. Nie żaden Isostar, czy pomarańczowe O’Shee for runners  (jak ktoś nie zna, polecam). Czemu? Dobre pytanie. Energetyk, w dodatku pity w biegu, dużymi łykami, raczej ci nie pomoże, a dużo prędzej przyniesie odwrotny skutek. Jednak dużo osób się zatrzymywało i sięgało po napój, myśląc zapewne, że to jakiś magiczny płyn, który zaraz doda im skrzydeł (ja tylko dodam, że nie chodzi o Red Bulla). Młoda dziewczyna, zbiegając, opróżniła dwoma łykami puszkę, po czym od razu zaczęła się krztusić. Musiała przejść w marsz. Nie dość, że dziwny wybór napoju, to jeszcze nie wiadomo czemu, podawano go akurat w końcówce. W dodatku w momencie, gdy ludzie biegli relatywnie szybko i raczej już nie potrzebowali płynu.

Za metą dziki tłum
Na ostatnich metrach sztuką było szybko finiszować i jednocześnie na nikogo nie wpaść. Byłem przekonany, że energetyk będzie też podawany na mecie, ale tam na biegaczy czekała tylko woda. Szkoda, jednak mogłem go wziąć i później otworzyć. Przydałby się. Za metą dziki tłum. Minęło chyba kilka minut, zanim dobrnąłem do miejsca, gdzie rozdawano medale. Później wszedłem na wyższą kondygnację stadionu, by odebrać zostawione rzeczy. Tysiące biegaczy, wszyscy na pomarańczowo. Kilkadziesiąt osób czeka w kolejce na masaż. Masaż po 10 kilometrach biegu? Nie przesadzajmy. Dalej ludzie, którzy pokonali tę trasę w jakieś 40 minut i teraz półżywi siedzą oparci o ścianę, mieszają się z tymi, którzy też dali z siebie wszystko i odnieśli sukces, bo w jako takiej formie w ogóle dobiegli do mety. Wszyscy są szczęśliwi, stanowią jedność.

To lepsze niż granie w FIFĘ
Biegnij Warszawo będę każdemu polecał. Do organizacji, poza wspomnianą dziwną sprawą z energetykiem, ciężko się przyczepić. Bliska ideału – kolejek nie było ani przy oddawaniu swoich rzeczy, ani w toaletach. Poza tym to idealna okazja, by złapać bakcyla biegania. Dzień później przypadkiem na ulicy spotkałem kolegę, jeszcze z czasów podstawówki, dziś ma sporą nadwagę. Okazało się, że startował i choć część trasy musiał przejść, spodobało mu się na tyle, że już planuje kolejne treningi. Powiedział, że to lepsze niż granie w nową FIFĘ.

A bariera 50 minut? Tutaj zabrakło mi dużo, bo zacząłem wolno i dopiero po paru kilometrach zacząłem stopniowo przyspieszać. Tak zresztą chciałem, to miał być bardziej trening. Poza tym startując z odległego miejsca, na trasie trzeba się poruszać jak Alberto Tomba, mijając slalomem wolniejszych biegaczy. Z tego powodu  pokonuje się trochę więcej niż 10 tysięcy metrów. Ale spokojnie, złamię jeszcze te 50 minut w tym roku. Wiem to. Niebawem jest przecież Bieg Niepodłegłości.