Biegiem po Kielcach, czyli półmaratoński debiut

Siebiega Półmaraton Kielecki
 /  fot. Krzysztof Jakubowski/siebiega  /  źródło: Materiały prasowe
15-05-2015 | 16:31

Autor: Łukasz Grabowski

Dziennikarz "Przeglądu Sportowego" i serwisu czasnabieganie.pl Łukasz Grabowski wystartował w debiutującym na biegowej mapie Polski półmaratonie w Kielcach. Oto jego wrażenia z trasy.

Mówią, że pierwszy raz jest najtrudniejszy, bo brakuje doświadczenia i można łatwo popełnić błąd i zazwyczaj każde kolejne podejście jest lepsze. Zgoda. Ale skoro tak, to organizatorzy pierwszego sieBiega Półmaratonu Kieleckiego znacznie utrudnili sobie zadanie przed drugą edycją biegu, bo błędów zwyczajnie nie popełnili.

Jechałem do Kielc z mieszanymi uczuciami. Nie dlatego, że obawiałem się o trasę półmaratonu, czy ewentualne niedociągnięcia organizacyjne. Jedynym niedociągnięciem jakie dostrzegałem w tym starcie była moja forma i nastawienie do biegania. Formy nie było, a nastawienie było negatywne.

Jakby tego było mało od rana wszystko szło nie tak. Z domu wyjechałem odrobinę za późno, do Kielc dojechałem "na styk” i żeby w ogóle zdążyć na start, musiałem się przebierać w samochodzie. Później szybka wysiadka na skrzyżowaniu, bieg do stadionu, odbiór pakietu, kolejna zmiana stroju, dwa skłony w ramach rozgrzewki i ruszamy.

 

SieBiega Polmaraton Kielecki

 

Przyznam szczerze, że przed startem nie patrzyłem na trasę biegu. Nie chciałem sobie psuć efektu. Kielce znam całkiem nieźle, wiedziałem więc mniej więcej czego się spodziewać. Że będą długie podbiegi, że pewnie organizatorzy będą chcieli poprowadzić biegaczy przez deptak na Sienkiewicza i pewnie pokażą jeszcze kilka ciekawszych miejsc. Standard.

I tu pierwsze zaskoczenie. Pierwsze osiem, czy dziewięć kilometrów zleciało właściwie nie wiem kiedy. Mnóstwo zakrętów, kluczenia, podbiegów i świetnych widoków. Głowa chodziła w prawo i lewo, bo dookoła działo się wiele.

Zaczęło się od kółeczka dookoła stadionu, później kilkanaście zakrętów w centrum (zaliczone wszystkie co ważniejsze i co ładniejsze punkty miasta) i dopiero od około 10. kilometra długa prosta. Fajnie, bo dla mnie najgorszą rzeczą jaka może się w bieganiu przydarzyć, to monotonny bieg po linii. Człowiekowi zaczynają wtedy do głowy przychodzić różne myśli, a już najczęściej takie, że mu się zwyczajnie nie chce i że nuda.

Mi, o dziwo, w Kielcach się chciało. Uroki trasy zachęciły mnie do biegu tak skutecznie, że nie przeszkadzał mi nawet napięty do granic możliwości mięsień lewej łydki, który dał o sobie znać już na czwartym (!) kilometrze. No ale jak miałem odpuścić skoro trasa taka ładna? Zamiast zejść i udać się do domu, postanowiłem zmienić sposób odbicia. Od momentu, kiedy po raz pierwszy poczułem dyskomfort w nodze, zacząłem odbijać się z pięty, a nie z palców. Pomogło. Noga, owszem cały czas lekko bolała, ale nie był to ból, który przeszkadzał w biegu. Mogłem śmiało walczyć dalej, choć oczywiście o żadnym szybkim bieganiu nie było mowy.

Od wspomnianego wcześniej 10. kilometra na trasie działo się mniej, ale wtedy o dodatkową rozrywkę dla biegaczy zadbała pogoda. Mniej więcej po godzinie od startu w Kielcach zaczęło lać. Momentami padało tak mocno, że nie dało się otworzyć oczu i nic nie było widać. Nikomu to jednak zbytnio nie przeszkadzało, wszyscy dzielnie walczyli dalej.

 

SieBiega Polmaraton Kielecki

 

Po przebrnięciu przez nudną prostą, około 18. kilometra biegacze znów wrócili do centrum. Tam przebiegli przez park (tu brawa dla organizatorów, poprowadzenie trasy biegu miejskiego przez park, to świetna sprawa), ciężki podbieg i finisz. Ale finisz z przytupem, bo ostatnie metry zawodnicy pokonywali na murawie stadionu Korony. Jeśli ktoś, kiedykolwiek miał okazję w ten sposób finiszować, doskonale wie, jak wbiegnięcie na stadion dodaje sił. Coś niesamowitego.

Później też bajka. Piękny medal, zupa, woda, sok, masaż, prysznic i do domu. Wszystko sprawnie, bez kolejek i problemów.

Biegowa idylla? Chyba tak. Ja minusów nie dostrzegłem, choć wiem, że niektórzy biegacze jeden znaleźli. Podobno przed pierwszym zawodnikiem przez dłuższy czas jechała obstawa dwóch rowerzystów. I pewnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że byli zdecydowanie za blisko lidera biegu.

To by było na tyle jeśli chodzi o minusy pierwszego półmaratonu kieleckiego. Organizatorzy już zapowiadają drugą edycję, a ja mam do nich tylko jedną prośbę – zróbcie to tak dobrze jak w tym roku. I wystarczy.

PS: Pierwszy raz po starcie w dłuższym biegu niż 10 km nie mam dość biegania. Wręcz przeciwnie, znów cieszę się na myśl o kolejnym treningu.