Andrzej Radzikowski o Spartathlonie: Jechałem walczyć do upadłego

Andrzej Radzikowski na ostatnich kilometrach Spartathlonu
 /  fot. Archiwum prywatne
Jakub Radomski 17-10-2014 | 06:57

Autor:

To scenariusz jak z bajki. Andrzej Radzikowski ultramaratończyk z Czosnowa, na co dzień logistyk w firmie styropianowej, debiutuje w słynnym Spartathlonie (246 km) i zajmuje 3. miejsce. Ale to nie jest bajka, to wydarzyło się naprawdę w końcu września.

Spartathlon - niby jedno zwykłe słowo, a budzi lęk wśród wielu doświadczonych biegaczy. W końcu to prawie 250 kilometrów z Aten do Sparty, pokonywane w zmieniającym się terenie i ekstremalnych warunkach. Jednak Andrzej Radzikowski, 33-letni ultramaratończyk z podwarszawskiego Czosnowa, wyjątkowo szybko oswoił się z tą piekielną drogą. W dniach 26-27 września zadebiutował w Spartathlonie i od razu zajął miejsce wśród najlepszych, mimo że na trasie walczył nie tylko z rywalami, ale też z samym sobą.

Punkt kontrolny na 210. kilometrze. Do mety zostało już tylko 36 kilometrów, czyli mniej niż maraton, do tego trasa opada łagodnie w dół, przynajmniej tak było na papierze, ale powiedz to tym, którzy od ponad 20 godzin zmagają się ze zmęczeniem, pogodą i trudnym ukształtowaniem terenu. Andrzej, choć już wtedy zajmował świetnie trzecie miejsce, w zasadzie ledwo tam dotarł. - Byłem potwornie zmarznięty i miałem zesztywniałe nogi. W dzień cały czas biegłem w krótkich spodenkach, które zrobiły się mokre od polewania wodą, a w nocy niespodziewanie spadła temperatura. Przyszło zniechęcenie , temperatura powietrza studziła moje mięśnie nóg. W tamtym momencie było mi już w zasadzie wszystko jedno, czy ja tam dobrnę czy nie. Modliłem się, żeby usiąść i żeby moi serwisanci przygotowali mnie do dalszego biegu – wspomina.

Reanimacja trwała kilkanaście minut. Andrzej wyglądał na tyle źle, że ludzie z greckiej opieki medycznej zaczęli dzwonić do organizatorów, by wycofać go z rywalizacji. - Po chwili koledzy podnieśli mnie i dosłownie wypchnęli na trasę. Mówili do mnie: "Idź, nieważne co się dzieje. Stawiaj małe kroczki, ten kryzys w końcu minie. Kolega z serwisu oddał mi własne spodnie sportowe. Było trochę lepiej, moje mięśnie nóg zaczęły powoli wracać do sprawności. Po siedmiu kilometrach marszu znów usłyszałem mojego serwisanta. "Andrzej, półtora kilometra od ciebie jest Niemiec!, krzyczał. Wtedy się wkurzyłem. Zdjąłem kurtkę, pas z batonami energetycznymi i pobiegłem. Nie potrafię racjonalnie wyjaśnić, jak do tego doszło. Powiększyłem wtedy przewagę na tyle, że kilka kilometrów przed metą wiedziałem już, że Niemiec nie ma szans mnie dogonić - opowiada Andrzej Radzikowski.

Polonius, vivat Polonius!

W wywiadach po powrocie do Polski często powtarza zdanie, że dał z siebie 100 procent i jeszcze dodatkowe 20, które nie wie, skąd wziął. Na ostatnich kilometrach, na zmianę szedł i podbiegał. Wyglądał Sparty, ale droga dłużyła się niemiłosiernie.- Okazało się, że te 246 kilometrów, które wszyscy podają w kontekście Spartathlonu, to jest odległość tylko do granic miasta, a stamtąd do pomnika Leonidasa są jeszcze trzy kilometry. Od z serwisanta Darka Ciećwierza otrzymałem polską flagę, z którą pokonywałem ostatnie kilometry. Wbiegnięcie do Sparty, mimo cierpienia, było też na swój sposób przyjemne. Eskortowała mnie policja, straż pożarna włączyła sygnały alarmowe, masa dzieciaków jechała za mną na rowerach. I ci ludzie na ulicach, którzy krzyczeli: Polonius, vivat Polonius!. A później meta. I ulga. Każdy, kto kończy ten bieg, ma prawo nazywać siebie zwycięzcą - mówi Andrzej.

 

Radzikowski

 

Rozgrywany od 1983 roku Spartathlon powstał jako bieg, który ma uhonorować greckiego posłańca Fidippidesa. W 490 roku p.n.e. miał on pokonać trasę z Aten do Sparty, by tam prosić o pomoc w toczonej z Persami bitwie pod Maratonem. Według Herodota Fidippides wyruszył w trasę o poranku i przybiegł do Sparty następnego dnia wieczorem. Dziś najlepsi zawodnicy są w stanie ukończyć ten morderczy dystans zdecydowanie szybciej. Tegoroczny zwycięzca, fenomenalny Włoch Ivan Cudin, potrzebował na to tylko 22 godzin i 29 minut. Radzikowskiemu trzecie miejsce dał wynik 25:49, ale zapowiada, że za rok wraca do Grecji z jasno sprecyzowanym celem. - Chcę złamać granicę jednej doby. Nie wiem, czy taki wynik da zwycięstwo w przyszłym roku, ale jest taka możliwość - mówi biegacz z Czosnowa.

Zapewnia też, że w tym roku dostał surową lekcję, z której wyciągnie wnioski. Oprócz zimna zaskoczyły go też wyjątkowo trudne podbiegi i zbiegi, a szczególnie jedno miejsce. Podbieg na górę Sagras zaczyna się już w zasadzie na 149. kilometrze. Z tego miejsca asfaltowa droga przez 10 kilometrów raz łagodniej, raz stromiej prowadzi serpentynami w górę. - Kojarzyła mi się z Karową w Warszawie, ale do czasu – śmieje się Andrzej. Najgorsze zaczyna się później. Do szczytu jest tylko 2,8 kilometra, ale na tym odcinku trzeba pokonać aż 500 metrów przewyższenia, co oznacza średnie nachylenie około 18 procent, porównywalne z najtrudniejszymi kolarskimi podjazdami na największych Tourach. W dodatku kończy się asfalt i zaczyna ścieżka pełna skał i żwiru, a wszystko odbywa się w nocy.

Wiedziałem, że powalczę do upadłego

- Przed tym odcinkiem jest punkt kontrolny. Wziąłem szybki masaż, a później podszedł do mnie lekarz. Andrew, OK? - spytał? Mówię, że wszystko w porządku. Stwierdził, że jestem w pełni świadomy tego, co dzieje się wokół. Przybiłem mu piąteczkę i mogłem biec. A raczej iść, bo tam w ogóle nie da się biec. Nawet najlepsi podchodzą. Jakoś wszedłem na szczyt, a później puściłem się w dół. W takich momentach tak jakby od nowa uczysz się chodzić, bo nagle zaczynają pracować zupełnie inne partie mięśni - opisuje Andrzej. Wtedy był jeszcze czwarty, ale jakieś 30 kilometrów później zobaczył przed sobą światełko. Było coraz bliżej i bliżej. Szybko się zorientował, że to Jonathan Olsen - legenda biegów ultra, człowiek porównywany w USA do samego Scotta Jurka. - W środowisku ten zawodnik jest legendą. Zdobył mistrzostwo świata. Jeszcze przed startem nie mogłem się powstrzymać i zrobiłem sobie z nim zdjęcie. Ale tutaj już z daleka słyszałem jego oddech. Był ciężki, Olsen co chwila odwracał głowę do tyłu. To mnie zmotywowało. Zaraz wyprzedzę super zawodnika powtarzałem sobie. Gdy go mijałem, Olsen pokiwał z uznaniem głową i powiedział tylko: Well done. Good luck my friend. A niedługo później wycofał się za powodu wyziębienia - mówi Radzikowski.

 

Radzikowski

 

W 2013 roku Andrzej został mistrzem Polski w biegu 24-godzinnym. To taka konkurencja, w której biegaczy należy podziwiać nie tylko za sam wynik, ale również za cierpliwość. Pętla w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach to niecałe 2,5 km, a zawodnicy w kółko ją pokonują. W sobotę o godzinie 10.00 rozlega się wystrzał i startują. Dokładnie 24 godziny później następuje kolejny i wszyscy się zatrzymują. Trzeba sprawdzić, ile dokładnie przebiegli, co do jednego metra. Andrzej uzyskał wtedy 251 kilometrów i 113 metrów, co oznacza, że przez całą dobę poruszał się ze średnią prędkością większą niż 10 km/h. - Pomyślałem sobie wtedy, że trzeba mierzyć wyżej. A kolejny cel może być tylko jeden. Spartathlon. Ta nazwa budzi lęk nawet u najbardziej doświadczonych biegaczy. Niektórzy jadą tam na zaliczenie, po prostu żeby ukończyć, ale ja wiedziałem, że powalczę do upadłego. Gdy leciałem do Grecji, powtarzałem sobie, że fajnie byłoby być w pierwszej piątce - tłumaczy ultramaratończyk.

Codziennie trening, a w weekend start

Dla zabicia czasu w samolocie do Aten czytał gazetkę wydaną przez linie lotnicze. Od razu zaciekawił go tekst o biegaczu - legendzie Piotrze Kuryło, innym ultramaratończyku, który już po raz drugi w życiu ze swojej rodzinnej miejscowości pod Augustowem do Aten postanowił dobiec na nogach, ciągnąc za sobą wózek. - Ten człowiek zawsze mnie intrygował. Ale najlepsze jest to, co wydarzyło się następnego dnia rano. Budzę się rano w hotelu i wyglądam przez szybę. Patrzę, a tam Kuryło akurat dobiega z wózkiem na plażę. Niezły przypadek. Postanowiliśmy do niego wyjść, przywitać się i porozmawiać - wspomina Andrzej Radzikowski.

Kuryło to bardzo kontrowersyjna postać w środowisku biegowym. W lipcu tego roku napisaliśmy w Przeglądzie Sportowym duży tekst o jego drugim obliczu, w którym opisaliśmy m.in. sytuację sprzed Spartathlonu w 2009 roku, kiedy Kuryło razem ze swoim bratem bliźniakiem Pawłem dotkliwie pobili innego polskiego biegacza. Powód? Tamten człowiek miał sugerować, że żona Kuryły pod jego nieobecność może się różnie prowadzić. - Czytałem tamten tekst, ale wiem, że opisane w nim wydarzenia to już przeszłość. Co prawda człowieka nie można ocenić od razu, ale poznałem wtedy na plaży Piotra i sprawił całkiem niezłe wrażenie. Wydaje mi się, że nie można tak po prostu odsuwać się od człowieka. Każdy zasługuje na przebaczenie i drugą szansę – mówi Radzikowski. W tym roku Kuryło dobiegł do Sparty jako drugi z Polaków, z czasem 26:53, gorszym o ponad dwie godziny od jego życiówki.

Andrzej oczywiście nie jest w stanie utrzymać się z samego biegania. Jest logistykiem w podwarszawskiej firmie styropianowej. - Mój cel to zadowolony klient. Najważniejsze jest zaangażowanie i precyzja. W pracy stawiam na jakość - mówi, jakby trochę cytował wyuczoną formułkę. Pracuje na pełen etat, od 8.00 do 16.00, od poniedziałku do piątku. Chwali sobie taki rytm, bo po pracy może wyjść i pobiegać, a weekendy przeznaczyć na starty w zawodach. Przygotowując się do zawodów, biega praktycznie codziennie, do tego raz w tygodniu idzie na salę gimnastyczną, by odbyć specjalną sesję ćwiczeń rozciągających.

Gratulują mu nawet Polacy z Irlandii

O jego sukcesie, jak przekonałem się na Twitterze, wiedzą nawet mieszkańcy Błonia i Czosnowa przebywający na emigracji w Irlandii. Dzięki Spartathlonowi stał się lokalną gwiazdą. Gdy wchodzę do kawiarni Sun Caffe w Miejskim Ośrodku Kultury w Błoniu, już jest na miejscu i rozmawia z dwójką młodych ludzi. Drobny, chudy, zupełnie nie wygląda na kogoś, kto mógłby podjąć tak nadludzki wysiłek. Opowiada oczywiście o biegu. - Znajomi z liceum, nie widziałem ich przez lata – mówi po chwili. Kilkanaście minut później podchodzi do nas atrakcyjna brunetka. Pyta o Spartathlon, ciekawa jest w zasadzie wszystkiego. Jak to jest biec taki dystans, czy są chwile zwątpienia, jak wygląda ceremonia dekoracji i co otrzymuje trzeci zawodnik na mecie. Andrzejowi szczególnie łatwo jest odpowiedzieć na ostatnie pytanie, bo ma ze sobą wszystkie swoje nagrody. Podobnie jak każdy, kto dobiegł do mety, otrzymał zwykły medal i dyplom, na którym wymienione są wszystkie międzyczasy. Po chwili pokazuje brązowy medal, specjalny za zajęcie trzeciego miejsca, z wygrawerowanym wizerunkiem starożytnego biegacza i antyczną świątynią w tle. Ciężki, podobnie jak wysiłek, na który trzeba było się zdobyć na trasie. Za miejsce na podium dostał też oprawiony w ramkę wieniec z gałązek oliwnych i przyrząd, przypominający kształtem sierp. Na odwrocie możemy przeczytać, że przyrząd ten służył kiedyś do zahartowania młodych Spartan. Skóra chłopaka wchodzącego w dorosłość była nim nacinana, dopóki nie pojawi się krew. Zadanie było proste - musisz wytrzymać, nie możesz okazać bólu. Wtedy zostawałeś mężczyzną - To trochę jak z nami na trasie - śmieje się Andrzej.

W Spartathlonie musiał się przyzwyczaić do czegoś nowego, bo podczas biegu nie wolno słuchać muzyki.

 

Radzikowski

 

- Na początku stwierdziłem, że to bardzo dziwny przepis, ale już na trasie zrozumiałem, że to wszystko ma sens. Bieganie z muzyką chwilami mogłoby być niebezpieczne, poza tym zobacz: jesteś samotny w nocy w górach i nagle słyszysz głośne dzwonki. Okazuje się, że to stado kóz. Nad ranem słychać pianie koguta. To nie tylko motywuje cię do dalszej walki z samym sobą, ale też tworzy fantastyczne wrażenie - opowiada Radzikowski. Fantastyczni okazali się też niektórzy ludzie, których poznał w Grecji. - Był taki Grek, który ukończył Spartathlon w 31 godzin. I wiesz, co później zrobił? Położył się na pięć godzin, wstał i ruszył w drogę powrotną. Poważnie. Te prawie 250 kilometrów, tym razem ze Sparty do Aten, pokonał w 34 godziny. Czyli w prawie trzy doby przebiegł 500 kilometrów. Nie wygrał biegu, nie stanął na podium, ale dla mnie to właśnie ten facet jest jednym z największych bohaterów tych dni – kończy najlepszy Polak w tegorocznym Spartathlonie.

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~Andrzej Użytkownik anonimowy
~Andrzej :
No photo~Andrzej Użytkownik anonimowy
Biegam;ale trudno mi sobie taki dystans wyobrazić ;może kiedyś BRAWO
4 paź 11:20
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~TT50Użytkownik anonimowy
~TT50
No photo~TT50Użytkownik anonimowy
do ~Michał :
No photo~Michał Użytkownik anonimowy
1 paź 16 13:45 użytkownik ~Michał napisał
A dziś podobno wygrał :)
WYGRAŁ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
1 paź 16 13:59
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~Michał Użytkownik anonimowy
~Michał :
No photo~Michał Użytkownik anonimowy
A dziś podobno wygrał :)
1 paź 16 13:45 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
| odpowiedzi: 1
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~fanUżytkownik anonimowy
~fan :
No photo~fanUżytkownik anonimowy
Jak się coś kocha to można oddać wszystko.Brawo.
19 paź 14 11:10 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza: