Adam Korol - poczułem przedstartowy stres

Adam Korol na BMW Półmaratonie Praskim
 /  fot. Aleksander Majdański  /  źródło: newspix.pl
04-09-2014 | 11:12

Autor: Adam Korol

W ostatniej chwili poczułem ten przedstartowy stres. Jak w czasach największych wioślarskich imprez - opowiada nam swe wrażenia ze startu w I BMW Półmaratonie Praskim mistrz olimpijski Adam Korol.

Wioślarstwo to moja wielka miłość, ale bieganie daje mi teraz dużo satysfakcji. Dlatego zdecydowałem się na kolejny poważny start - tym razem w I BMW Półmaratonie Praskim. Ostatnie dni przed startem pokazały, że mam szanse na niezły rezultat. Biegałem na treningu m.in. odcinki 6 razy po 1000 metrów. To było rekordowe bieganie. Każdy kilometr po 3:20-3:25. Wcześniej takie odcinki wychodziły wolniej po  3:35-3:40. Kolejne dni to już luźniejsze zajęcia, zakończone dzień przed startem spokojnym, 9-kilometrowym biegiem. Wtedy jeszcze nie czułem żadnych wielkich emocji. Miałem nawet wywiad związany ze startem, ale nie wywołał on żadnej adrenaliny. Wieczorem zacząłem analizować plan startu. Myślałem o końcowym rezultacie w granicach 1 godziny i 20 minut. Po przeliczeniu okazało się, że każdy kilometr trzeba pokonać poniżej 3 minut i 50 sekund. Szybko! Niewiarygodnie szybko! W dniu biegu rano poczułem wreszcie ten przedstartowy stres. Uczucie znane z wyczynowych wioślarskich występów. To coś co nie paraliżuje tylko mobilizuje - motywuje do wielkiego wysiłku.

Rano pogoda fajna. Termometr w aucie pokazał 18 stopni Celsjusza, ale nie było słońca. Zdziwiłem się, bo w czasie biegu temperatura wcale nie była wyższa. Przyjąłem strategię najprostszą z możliwych - ruszyłem za pacemakerami dyktującymi tempo na wynik 1:20. Po pierwszych 10 kilometrach wszystko było prawie zgodnie z planem - tylko 10 sekund opóźnienia. Nadrobiliśmy je na następnych 2 kilometrach. Potem zaobserwowałem zaskakujące zjawisko. Z około 15 zawodników, którzy biegli ze mną w tym samym tempie, na 15. kilometrze nie było już żadnego! Zostałem tylko ja i dwóch pacemakerów. Ponieważ w końcówce czułem się całkiem nieźle, poprosiłem jednego z nich - Marcina Kęsego - abyśmy ruszyli trochę mocniej. Idealnie mnie poprowadził aż do samej mety. Ostatnie kilometry pokonaliśmy w tempie 3:35-3:37 min. Nigdy nie miałem okazji biec z tak dobrym i doświadczonym zawodnikiem. Chciałem Marcinowi podziękować, bo bez niego raczej takiej życiówki (1:19:10 - red.) bym nie ustanowił. Przed startem najbardziej optymistyczny wariant zakładał minimalne zejście poniżej granicy 1:20.

Wynik z BMW Półmaratonu Praskiego pokazał, że tkwią we mnie jeszcze jakieś rezerwy. Stałem się bardziej pewny siebie przed najważniejszym startem jesieni - maratonem w Berlinie. Myślę, że realne staje się zejście za miesiąc nawet poniżej granicy 2 godzin i 50 minut. Muszę jednak zadbać o najdrobniejsze szczegóły. Trzeba np. zrzucić jeszcze ze 2-3 kilogramy, tak by waga startowa to było 90-91 kg.