37. PZU Maraton Warszawski – udany atak na życiówkę

zobacz zdjęcia » To był 6. występ Darka Wieczorka w Maratonie Warszawskim
 źródło: własne
01-10-2015 | 21:48

Autor: Dariusz Wieczorek

Dariusz Wieczorek był w gronie tych, którzy kończyli warszawską imprezę zadowoleni. Dziennikarz czasnabieganie.pl pobiegł najszybciej w swej maratońskiej karierze.

Z Maratonem Warszawskim miałem rachunki do wyrównania z ubiegłego roku. Wtedy byłem tak pewny kolejnej „życiówki”, że zlekceważyłem przygotowania i popełniłem parę głupich błędów, które zemściły się na trasie. Życiówki oczywiście nie było. Pobiegłem ponad 4 minuty gorzej niż w 2013, a ostatnie kilometry to była droga przez mękę. Do mety dotarłem resztką sił, a na mecie byłem wypompowany jakbym przebiegł 100 kilometrów w górach…

W tym roku postanowiłem przygotować się lepiej. Nie, nie zacząłem trenować… na to jeszcze przyjdzie pora. Przecież mam dopiero 48 lat ;). Pomyślałem, że wystarczy wyeliminować błędy jakie popełniłem rok temu:
1. Brak długich wybiegań

Zawsze podkreślam, że jestem biegowym leniem. Nic się w tej materii nie zmieniło. Ciężko było mi znaleźć czas i przymusić się do dłuższych wybiegań, więc wybrałem metodę startową. Od połowy sierpnia, co tydzień startowałem w półmaratonach (15.08 Cud nad Wisłą w Radzyminie, 23.08 Półmaraton Powiatu Warszawskiego Zachodniego Błonie – Borzęcin, 30.08 Półmaraton Praski). We wrześniu, jak co roku pojechałem na Festiwal Biegowy do Krynicy. Tam pobiegłem „na maksa” 10 km, a następnego dnia treningowo Koral Maraton. A tydzień przed Maratonem Warszawskim zaliczyłem Bieg Czterech Generałów w Modlinie – fajna dycha z dość wymagającymi podbiegami.

2. Kombinowanie ze strojem

W tym roku wszystko było sprawdzone – od okularów do skarpetek.

3. Zbyt intensywny dzień przedstartowy

Tym razem nie robiłem nic… Rano symboliczne ok. 3 km rozbieganie, a potem już tylko odpoczynek, mecze w tv, i co jakiś czas podjadanie kaszy z indykiem i brokułami.

4. Igranie ze zdrowiem

Od miesiąca odpuściłem granie w piłkę, żeby uniknąć kontuzji. A w pracy wziąłem tydzień urlopu, po to żeby nie złapać jakiegoś głupiego przeziębienia (niewłaściwie używana klimatyzacja to najdurniejszy wynalazek naszych czasów).

Tegoroczny Maraton Warszawski miał zupełnie nową trasę. W ubiegłych latach słyszałem czasem marudzenie malkontentów, że biegamy gdzieś po peryferiach, między polami kapusty. W tym roku nikt nie miał powodów do tego typu narzekań. Najdalej od centrum odbiegaliśmy w części praskiej na Gocław, a po drugiej stronie Wisły kawałek za most Grota-Roweckiego. Nowa trasa była bardziej zwarta i moim zdaniem bardziej wymagająca. Po drodze było sporo podbiegów i zbiegów przez mosty, wiadukty nad ulicami i Portem Praskim, a na 34. kilometrze kiedy wielu biegaczy dopada kryzys, zaczynał się najdłuższy podbieg ulicą Sanguszki. 

 


Darek trochę spóźnił się na start, ale potem było już tylko lepiej 

 

Coś mi nie grało
Na starcie stanąłem zdrowy i wypoczęty. Popełniłem jednak błąd, który mógł mnie sporo kosztować. Przyjechałem jak zwykle w ostatniej chwili. Szybko się przebrałem, oddałem rzeczy do depozytu i ruszyłem truchtem szukać swojej strefy, bo była już 8:58. Start maratonu był dość daleko, na wysokości dworca Warszawa Stadion więc po drodze zdążyłem się nieźle rozgrzać. W końcu wbiłem się w ruszającą już falę biegaczy tuż przed tabliczką z czasem 3:40. Po chwili przebiegłem przez maty startowe, włączyłem stoper i ruszyłem… Coś mi nie grało, tempo wydawało się podejrzanie wolne. Okazało się, że biegnę w grupie na 4 godziny :) Przez kilka pierwszych kilometrów biegłem więc slalomem i z mozołem wyprzedzałem, ale bez podpalania się, żeby nie stracić zbyt wiele sił. Najtrudniej było wyprzedzać biegnące całą szerokością ulicy grupki skupione wokół kolejnych pacemakerów. Ale jakoś to szło… 3:55, potem kilka grup na 3:50, potem ku mojemu zaskoczeniu wolno biegnąca grupa na 3:40. Gdy ich mijałem, usłyszałem jak zając tłumaczył, że biegną negative split i zaczynają tempem 5.30/min, a później będą przyspieszać. Następna była grupa na 3:45, a potem kolejna na 3:40. Gdy ją wyprzedziłem w okolicach 8 kilometra, uznałem, że już nikogo więcej nie gonię i pora ustabilizować tempo. Miałem zapas z racji późniejszego startu i biegłem w tym momencie na jakieś 3:37. 
Biegło mi się nadspodziewanie dobrze, złapałem równy rytm i łykałem kilometr za kilometrem. Pogoda idealna do biegania, dość chłodno a słońce niezbyt uciążliwe. Dzięki temu nie było trzeba wiele pić. Od 10. kilometra podpijałem czasem z butelki, którą zabrałem ze sobą. Gdy ją opróżniłem uzupełniałem zapas wodą lub izotonikiem (zależy, co w ręce wpadło). Po drodze zjadłem 3 żele, ok. 15-go, 22-go i 34-go kilometra. Zastanawiałem się, kiedy zacznie się poważniejszy kryzys… ale nic takiego się nie stało. Gdy wbiegłem na most Gdański wiedziałem już, że będzie życiówka. Za mną był najgorszy podbieg. Do mety już tylko 6 kilometrów, a sił wciąż nie brakowało. Wyprzedzałem coraz więcej biegaczy, którzy przechodzili do marszu lub łapały ich skurcze. Dodatkowym atutem była dla mnie znajomość trasy – kilka fragmentów tegorocznego PZU Maratonu Warszawskiego przemierzam regularnie 2 razy w tygodniu. Ostatni pagórek – Port Praski. Nawet nie poczułem, że jest pod górkę bo z daleka już widać Stadion Narodowy. Przedostatni zakręt i niespodzianka – czeka na mnie najwierniejsza kibicka :) Zatrzymuję się na parę uścisków, mówię, że jest dobrze i lecę dalej. To już końcówka.

Pożegnanie z Narodowym

Żal mi bardzo jednego z biegaczy, którym zajmują się już ratownicy. Padł 150 metrów przed tunelem prowadzącym na stadion. Po drodze widziałem wielu schodzących z trasy, ale przebiec prawie 42 kilometry i nie ukończyć maratonu? Wbiegam na stadion. Jeszcze walka na ostatniej prostej. Są dwie bramki mety. Wszyscy biegną na lewo więc ja wybieram prawą. Rozpędzam się i przeszczęśliwy wpadam na metę. Jest nowy rekord, jest świadomość, że pobiegłem rozsądnie, z głową. Po raz pierwszy jestem po maratonie w tak dobrym stanie. Nie łapią żadne skurcze, mogę chodzić po schodach. Idę odebrać rzeczy, zjeść coś na szybko. Dla biegaczy, którzy ukończyli maraton oprócz medali jest pomidorowa, dwa rodzaje piwa bezalkoholowego, banany woda, izotonik i… ciepłe nieprzemakalne peleryny, które na szczęście w niedzielę nie były potrzebne. Pogoda dostroiła się do atmosfery biegowego święta i świeciło piękne słońce. Szkoda tylko trochę, że to ostatni Maraton Warszawski z metą na Stadionie Narodowym. To miejsce ma swój klimat i było wielką przyjemnością finiszować tu w ostatnich latach. Ciekaw jestem jaką lokalizację i trasę Maratonu Warszawskiego zaproponuje organizator w przyszłym roku…