11. PZU Półmaraton Warszawski, czyli: „To co, gonimy tych Kenijczyków?”

zobacz zdjęcia » Zgodnie z przewidywaniami Kenijczycy dominowali w 11. PZU Półmaratonie Warszawskim
 /  fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Jakub Radomski 05-04-2016 | 00:39

Autor:

Wśród 12 729 biegaczy, którzy ukończyli warszawski półmaraton był dziennikarz „Przeglądu Sportowego” i serwisu czasnabieganie.pl Kuba Radomski. Oto jego wrażenia z trasy.

Kiedyś biegałem po Łazienkach Królewskich i było to całkiem przyjemne. A tu taki kryzys. I taki ból. Do mety zostało koło czterech kilometrów. Niby blisko, ale, no właśnie – niby. Po krótkim odcinku przez Agrykolę nagle kończy się asfalt i wbiegamy na teren parku. Nie dość, że zmieniła się nawierzchnia i biegnie się dużo ciężej, to jeszcze prowadząca prosto, bez żadnego zakrętu, aleja w Łazienkach dłuży się w nieskończoność. Kojarzy mi się z prostą na odcinku Głodówka – Zakopane, którą kiedyś pokonywałem rowerem, mając w nogach 100 km i za cholerę nie chciała się skończyć. Wtedy zatrzymałem się w końcu przy jakiejś chacie, usiadłem na ziemi i wypiłem w minutę prawie litr wody. Ale wówczas jechałem sam, to był tylko trening, a teraz, otoczony równie wycieńczonymi ludźmi, biegnę półmaraton.

Jak na wyścigu Paryż-Roubaix

Ta ścieżka jest tak długa? Niemożliwe. Przecież biegłem tędy kilka miesięcy temu. Jeszcze pod nogami ta ziemia. Chyba już wiem, co muszą czuć kolarze podczas legendarnego wyścigu Paryż-Roubaix, gdy mając już za sobą ponad 192 kilometry nagle wjeżdżają z szosy na najtrudniejszy z brukowanych odcinków, Beuvry-la-Foret i jazda, utrzymanie jakiegokolwiek rytmu, staje się dużo trudniejsze. Do tego jeszcze to osłabienie i głód. Podobno kilka kilometrów wcześniej na punkcie odżywczym były banany, ale nie zauważyłem ich, pewnie przez innych biegaczy, którzy zasłonili mi widok. Będzie jeszcze jakaś woda na trasie? Musi być. A jak nie? Do mety już w sumie nie było daleko, ale nie wyobrażałem sobie dobiegnięcia do niej bez jakiegokolwiek picia. Wreszcie skończył się park. Trasa skręcała w prawo, a za zakrętem – zbawienie. Punkt odżywczy. Tak, ten punkt na 11. Półmaratonie Warszawskim mnie uratował.

Ale jeszcze przed startem były pewne problemy. Pierwszy stanowiło wejście do odpowiedniej strefy. Drugim było dobrnięcie w dzikim tłumie do właściwej linii startu. Gdy wreszcie udała nam się ta druga sztuka, najlepsi zawodnicy byli już na trasie od ponad dziewięciu minut. Po lewej stronie, na dużym telebimie, pokazywano prowadzących bieg Kenijczyków, którzy znajdowali się już na czwartym kilometrze. Tak, najlepsi na pokonanie kilometra w takim biegu nie potrzebują nawet trzech minut, podczas gdy przeciętny amator jest dwa razy wolniejszy.

Od razu cała sytuacja skojarzyła mi się z tytułem książki, którą poprzedniego dnia pokazywała mi wszechstronnie uzdolniona koleżanka. „Dogonić Kenijczyków” Finna Adharananda. Podobno tłumaczy, co stanowi o fenomenie zawodników z tego kraju i w jakim stopniu biegacz z Europy jest w stanie zmniejszyć dystans do kenijskich biegaczy. Zresztą nie tylko ja miałem podobne myśli. „To co? Gonimy ich?” – rzucił żartem ktoś obok mnie. Start był przy Placu Trzech Krzyży i pierwszy kilometr pokonywaliśmy Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem. „Zwolnij, chyba zaczęliśmy dużo za szybko” – rzucił do mnie kolega, gdy przy bramie Uniwersytetu Warszawskiego minęliśmy dwóch na oko dobrze zbudowanych, ale truchtających czarnoskórych biegaczy. Na początku jeszcze żarty nas się trzymały.


 Na Nowym Świecie wszyscy byli jeszcze w dobrej kondycji

 

Plan minimum to życiówka

Moje założenie było proste – plan minimum to życiówka, która do tej pory wynosiła 1:57:00. Maksimum – złamanie granicy godziny i 55 minut. Dodatkowo bałem się trochę tego biegu, bo musiałem w nim wystartować w butach, które kupiłem dzień wcześniej, na przecenie w Intersporcie. Na szczęście spisały się wyjątkowo dobrze. Problem był za to inny – piszczel. Podczas półmaratonu w Wiązownie pod koniec lutego tego roku właśnie ta część ciała bolała mnie przez pierwszych pięć kilometrów i nie mogłem skupić się na samym biegu. Na szczęście później nagle wszystko przeszło. Gorzej było podczas ostatniego biegu górskiego w Wesołej, kiedy przez sześć z dziesięciu kilometrów w zasadzie truchtałem i wściekałem się, że na zbiegach inni pędzą, a ja, choć kondycyjnie jestem na ich poziomie, ledwo się poruszam, czując ból po każdym postawieniu stopy na ziemi. Najgorsze jest to, że przy problemie z piszczelem w trakcie biegu nie możesz w zasadzie nic zrobić. Musisz trochę zwolnić. Delikatniej stawiać stopę. Starać się zająć myśli czymś innym. I liczyć na to, że przejdzie. W niedzielę ból zaczął się na początku, koło Placu Teatralnego, a przeszedł po prawie trzech kilometrach, koło stadionu Polonii. Może teraz ten klub zacznie mi się trochę lepiej kojarzyć?

5:45 min/km. W takim mniej więcej czasie pokonywaliśmy pierwsze kilometry. Biegłem z Karolem, kolegą z liceum, z którym kiedyś bez przygotowania (wiem, było to średnio mądre) ukończyliśmy bieg Rzeźnika i z Asią, sąsiadką, z którą przebiegłem całą trasę w Wiązownie. Zaczęliśmy powoli, spokojnie. Kilometry mijały dość szybko. Trzeci, czwarty, piąty. Gdy wbiegliśmy na Most Gdański, nagle zaatakował nas silny boczny wiatr. Gdybyśmy byli kadrą polskich skoczków na zawodach Pucharu Świata, Łukasz Kruczek, a teraz już Stefan Horngacher raczej nie dostałby w tym momencie zgody na posłanie nas do walki. Zresztą pogoda w trakcie całego biegu była wyjątkowa zmienna, co najbardziej odczułem na piętnastym kilometrze. Wracaliśmy na drugą stronę Warszawy Mostem Świętokrzyskim, który na zawsze będzie mi się kojarzył z beznadziejną sceną z beznadziejnego filmu „Nigdy w życiu”, którego wiem, że nigdy w życiu już nie obejrzę. Tylko że podczas tamtej sceny padał deszcz, a nam znów wiał wiatr. Chwilę po zbiegnięciu z mostu skręcaliśmy w lewo i dało o sobie znać słońce. Robiło się gorąco, błyskawicznie chciało się pić. Czułem, że słabnę, ale na szczęście po chwili trasa odbijała w prawo, słońce znikało za budynkami i było rześko, przyjemnie. Mogłem przyspieszyć.

 

 Półmaratońską trasę w Warszawie pokonało ponad 12 tysięcy biegaczy

 

Chuck Norris nigdy nie przebiegł półmaratonu

Przyspieszać zaczęliśmy jednak już wcześniej. „Mamy 5:20 na kilometr. Może tak trochę zwolnimy?” – spytała Asia mniej więcej po ośmiu kilometrach. Obiecałem, że tak zrobię, ale … chyba nie wyszło. Jakoś tak nogi same mnie niosły. W okolicach warszawskiego ZOO, gdzie dominował cień, biegło mi się świetnie. Pamiętam, że jeden z kibiców na widok zmęczonego biegacza, krzyknął do niego. – Tygrys cię goni, musisz uciekać! Biedny człowiek miał już najwyraźniej mocno obniżoną zdolność kojarzenia faktów, bo błyskawicznie puścił się sprintem. Kibiców przy trasie było całkiem sporo. Jedni po prostu przyszli pokibicować, a inni znaleźli się tam przypadkiem i tylko wyczekiwali momentu, by przejść na drugą stronę drogi. Pojawiały się też barwne transparenty. Chyba z trzy razy mijałem kobietę, która motywowała koleżankę (siostrę?) hasłem: „Dawaj Ania. Chuck Norris nigdy nie przebiegł półmaratonu”. Do tego, co kilka kilometrów, trafiało się na jakichś muzyków. Blisko mety był raper, jak dla mnie mocno przeciętny, za mostem Gdańskim jakaś kapela grała ostry rock, przy placu Piłsudskiego przygrywała policyjna orkiestra, ale w moim prywatnym rankingu zdecydowanie wygrywa saksofonista (coś koło trzynastego kilometra). Szczerze? Nawet nie pamiętam, co grali. Po pierwsze rosło zmęczenie, a po drugie – nigdy nie byłem typem gościa, który, gdy w radiu grany jest jakiś utwór, może powiedzieć (jak w teleturnieju Jaka to melodia?): „Po jednej poproszę”. Nawet jak to jest jakaś znana piosenka w innej aranżacji...

Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie odłączyłem się od moich towarzyszy. Zacząłem się oglądać za siebie, ale już ich nie widziałem. Stwierdziłem, że chyba jestem przed nimi i powinienem biec równym, mocnym tempem. Pamiętam za to, że każdy kolejny kilometr dłużył się coraz bardziej. Dwunasty, trzynasty, ale gdzie jest ta czternastka? Dopiero tam?! Po pierwszym zauważalnym kryzysie na moście Świętokrzyskim napędzała mnie myśl, że już za kilka kilometrów czeka na nas podbieg. Tak, podbieg. Trochę to dziwne, ale jakoś tak mam, że autentycznie lubię biegać pod górę. Wolę to bardziej niż zbieganie. Wiedziałem, że między 19. a 20. kilometrem będziemy wspinać się ulicą Belwederską, i że Adidas ustanowił tam specjalną premię. Idea była prosta: każdemu uczestnikowi mierzony był czas, w jakim pokonał podbieg i później stworzona została oddzielna klasyfikacja.


 Trzeci półmaraton w tym roku zaliczony. Jest też nowa życiówka

 

Planu maksimum nie ma, ale jest nieźle

Na punkcie odżywczym, który mnie uratował, wylałem sobie na głowę chyba z pięć kubków wody. Fantastyczne uczucie. Po nim czekało nas z 200 metrów spokojnego biegu po równym i skręt w lewo. Nie pamiętam nazwy ulicy, ale już tam zaczął się podbieg. Zmęczenie mi przeszło i zacząłem wyprzedzać kolejnych ludzi. Pomogło też to, że najpierw zobaczyłem przed sobą jednego znajomego, a później kolejnego. Mniej więcej co trzeci biegacz, choć do mety było już blisko, przechodził w marsz. Odcinek, na którym Adidas mierzył wszystkim czas, liczył 400 metrów. Kończył się wielkim transparentem, który oznajmiał „Koniec przyjemności. Do mety 1500 metrów”. Dla wielu to pierwsze zdanie musiało brzmieć jak ponury żart, ale akurat dla mnie trafiało w sedno, bo gdy zaczynał się długi odcinek po równym do mety, poczułem się dużo gorzej. Motywowała mnie tylko myśl, że do mety jest blisko. Coraz bliżej. Kilometr? Przecież to jest dziesięć minut piechotą. Ale w takim momencie nie wypada już maszerować, prawda?

W Mistrzostwach Polski w Podbiegu (tak nazywa się klasyfikacja Adidasa, wyłączono z niej obcokrajowców) zająłem 3053. miejsce na 10453 sklasyfikowanych. Pokonanie 400 metrów pod górę zajęło mi 2 minuty i 14 sekund. To świetna idea, kojarzy mi się trochę z bonusami na niektórych zawodach w biegach narciarskich. Mam nadzieję, że na innych tego typu półmaratonach w Polsce będzie to powtarzane.

Powtarzane za to nie powinno być to, co działo się tuż po minięciu linii mety. Mijając ją, miałem do tego stopnia dosyć, że nie byłem w stanie zorientować się, jaki wykręciłem czas, a wymagało to prostego zadania matematycznego: od wyniku, który pokazywała tablica (2:06) wystarczyło odjąć czas, jaki widziałem, gdy dobiegłem na linię startu (9 minut i 20 sekund). Dopiero po kilku minutach udało mi się wykonać to banalne odejmowanie i zorientować się, że życiówka jest dość wyraźnie pobita – 1:55.40. Planu maksimum nie ma, ale i tak jest nieźle.

 

 Za metą czekał medal 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego

 

W drodze po Koronę

Tyle że w tamtym momencie wciąż stałem w tłumie ludzi, którzy ruszali się z prędkością kilku metrów na minutę. Tuż za metą nie dostaliśmy nic do picia. Na nasłonecznionym placu, potwornie zmęczeni, na nogach, które niekoniecznie chciały nas słuchać, stłoczeni jak pasażerowie tokijskiego metra w godzinach szczytu, musieliśmy jakoś pokonać z dwieście metrów do punktu, gdzie rozdawano wodę i napój izotoniczny. Jeszcze na trasie widziałem kilka osób, które mdlały i była im udzielana pomoc medyczna. Ktoś do tego stopnia osłabł, że chodził, jakby był pijany, albo jakby w zwolnionym tempie, sam ze sobą, tańczył kizombę. Tutaj od razu uruchomiła się moja wyobraźnia i zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby kilkanaście osób na samym środku tej grupy nagle zemdlało. Nikt by kogoś takiego nie zadeptał? Po jakim czasie udzielono by komuś takiemu pomocy? I – przede wszystkim – kto byłby winien takiej sytuacji? Choć to ostatnie pytanie jest akurat retoryczne. Sam, gdy nagle wykonałem krok w prawo, by sięgnąć po wodę, prawie miałem skurcz mięśni uda. Rozumiem, że do mety 11. Półmaratonu Warszawskiego ostatecznie dobiegło aż 12729 osób, ale nie uwierzę, że nie dało się tego rozegrać lepiej. I bezpieczniej...

Jeszcze niedawno za swój ulubiony dystans uważałem 10 kilometrów, ale dziś skłaniam się ku półmaratonowi. 21 kilometrów to dużo, taki dystans wymaga taktyki, odpowiedniego rozłożenia sił i zgrania się kilku czynników. Ale satysfakcja ze zwycięstwa z samym sobą jest dużo większa, choć następnego dnia, jak chcesz wyjść na porządny trening, nadajesz się tylko na basen, ewentualnie na curling lub minigolfa. To już mój trzeci półmaraton w tym roku i drugi zaliczany do Korony Polskich Półmaratonów. Pierwszym był Półmaraton Ślężański w Sobótce, gdzie piękną, lekko pofałdowaną trasą obiec trzeba górę Ślężę. Do skompletowania korony zostały trzy starty. W planach są Poznań (kiedyś tam biegałem w okolicach Malty i bardzo mi się podobało), Białystok (spodobało mi się to miasto, jak byłem w nim na materiałach piłkarskich) i Wrocław (nocny półmaraton, start o 22.00, co oznacza niepowtarzalny klimat i szansę na dobry wynik). Ale nie wykluczam, że do tych planów wskoczy coś jeszcze. Bo to trochę uzależnia...

 

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~Robert Grzegorzeeski Użytkownik anonimowy
~Robert Grzegorzeeski :
No photo~Robert Grzegorzeeski Użytkownik anonimowy
Bieglem (1.50) / bardzo dobrze napisane ! 100% Czytając to miałem wrażenie ze ktoś moje myśli spisał ! Gratulacje
5 kwi 16 21:11
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza: