Rzeźnia w klatce Marriotta

zobacz zdjęcia »  MARRIOTT EVEREST RU
 fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
Jakub Radomski 20-02-2017 | 23:11

Autor:

W stolicy już po raz trzeci odbył się Marriott Everest Run – 24-godzinny bieg po schodach znanego hotelu. Wśród uczestników był też Jakub Radomski, dziennikarz Przeglądu Sportowego i serwisu czasnabieganie.pl. Oto jego relacja.

Zawodnicy ciężko oddychają w zjeżdżającej windzie, choć to dopiero początek. Większość będzie jeszcze walczyć na schodach przez kilkanaście godzin. W końcu otwierają się drzwi. To poziom -1 w hotelu Marriott. Wszyscy wychodzą. Jest chłodno, bo działa klimatyzacja. Teraz trzeba przejść kilkanaście metrów, by znów wchodzić po schodach. Na szczęście wolontariusze od początku zawodów zadbali o muzykę. Niedługo po starcie puścili „Zombie”, wielki przebój zespołu The Cranberries, choć mogli to zrobić później, bo nad ranem większość zawodników przemyka po schodach, wyglądając jak właśnie taki stwór. Teraz jednak leci inny przebój. Słysząc „Przez twe oczy zielone” zespołu Akcent, część zawodników uśmiecha się, wszyscy mają jakby więcej sił, a jeden chłopak porywa dziewczynę do tańca. Gdyby Zenek Martyniuk zobaczył tę scenę, na jego twarzy pewnie pojawiłby się uśmiech. Ale ona świetnie oddaje to, czym jest Everest Run. To impreza, podczas której podejmuje się gigantyczny wysiłek i dochodzi się do swoich granic, a jednocześnie cały czas leci muzyka i poznaje się nowych ludzi.


Nie ma widoków, jest klatka

Idea biegu jest stosunkowo prosta. Trzeba wejść z poziomu – 1 na 41. poziom i jeżeli zrobi się to 65 razy, oznacza to, że w słynnym wieżowcu wspięło się z poziomu morza na najwyższy szczyt świata, czyli w pionie ponad 8848 metrów. Jeżeli ktoś ma większe ambicje – może iść jeszcze wyżej. Z kolei mniej wejść oznacza zdobycie innej, niższej góry – np. Aconcagui, Kilimandżaro, Denali, czy Gerlacha, a nawet Gubałówki. Start o 9.00, 10.00, 11.00, 12.00 lub 13.00 w sobotę (w zależności od tego, na którą uda się zapisać), a cała zabawa kończy się w niedzielę o 9.00 rano.

 

 Tablica „motywacyjna” na 41. piętrze. Każdy mógł dorzucić coś od siebie.

 

Trzecią edycję Marriott Everest Run wygrał Jakub Niedźwiadek, który w ciągu doby osiągnął aż... 105 wejść. Najlepszą z kobiet, przy okazji z czwartym miejscem w klasyfikacji open, została Dominika Niemiro (91 wejść). Bieg ukończyło 177 zawodników i 13 czteroosobowych sztafet. W sumie – aż 229 osób. Razem zawodnicy pokonali aż 363 174 piętra. Podziwiam ich wszystkich, bo to najtrudniejsza impreza biegowa, w jakiej kiedykolwiek brałem udział. Ostatnie wejścia robiłem w koszulce z Biegu Rzeźnika, w którym trzeba pokonać prawie 78 km czerwonym szlakiem po Bieszczadach. Tam wysiłek też trwa kilkanaście godzin, ale biegnie się po górach. Można się rozglądać i podziwiać widoki. Naprawdę, pod wieloma względami jest łatwiej.

 

Wpinaczka, „snapy” i „zgon”

Everest Run to rzeźnia. Fizyczna i psychiczna. Ale zarazem rzeźnia, która intryguje i, pomimo cierpienia, które czeka na trasie, ma w sobie taki... urok. Tak, urok. Brzmi to trochę tak, jakby stwierdzić, że Górnik Łęczna za kadencji Franciszka Smudy jest świetnie zorganizowany w obronie, ale to słowo pasuje. W poniedziałek, gdy wstałem i odpaliłem Facebooka, miałem kilka wiadomości od osób, które też startowały. Pisały, co ich bolało w niedzielę i ta wyliczanka zajmowała trochę miejsca. Ale później dodawały, jak bardzo były szczęśliwe, gdy wstały i uświadomiły sobie, czego udało im się dokonać. Świetne uczucie.

 

Szczególne wrażenie zrobili na mnie ci, którzy dzielnie parli do przodu, bo Everest Run był dla nich formą wyrównania rachunków i udowodnienia sobie czegoś. Jak Paula, której trzy razy nie udało się wejść na wierzchołek Mont Blanc i ta góra stała się dla niej obsesją. Teraz dała z siebie wszystko, by w hotelu Marriott osiągnąć odpowiednik wejścia z poziomu morza na najwyższy szczyt Europy (Blanc to 36 wejść). I zrobiła to, a przy okazji udało jej się przepłynąć 25 metrów (do dyspozycji zawodników był też hotelowy basen i jacuzzi), wysłać kilka „snapów” i widzieć, jak niektórzy zaliczają tzw. „zgon”.

 

 Najlepiej z wyzwaniem poradził sobie Jakub Niedźwiadek, który aż 105 razy wszedł na szczyt Marriotta

 

Bo Everest Run to nie tylko sama wspinaczka. Wie coś o tym Maria, która rok temu była o krok od zdobycia Everestu, ale nie udało się. Teraz, mimo kłopotów z żołądkiem, za wszelką cenę chciała tego dokonać i dała radę, w myśl zasady „powolutku, ale do przodu”. Mam wrażenie, że za każdym razem, gdy odpoczywałem, ona zaliczała kolejne piętra. Miłka z kolei kompletuje Koronę Ziemi. Do osiągnięcia wymarzonego celu brakuje jej już tylko – o ironio – Mount Everestu – przez co, być może, była taka zawzięta, by w ostatnich godzinach walczyć z pędzącym czasem, organizmem, który mówił „nie” i skutecznie dobrnąć do 65 wejść. A może pomogło hasło wypisane na tablicy? Pamiętam też telefon od Kamila, kolegi, z którym podczas poprzedniej edycji zrobiłem dużo wejść. Wtedy nie dał rady, a ja cały czas miałem w głowie nasze miny, gdy totalnie umęczeni weszliśmy nad ranem na trzecie piętro, by napić się Coli i okazało się, że mamy ją, ale... bez cukru.

 

Teraz zadzwonił na dzień przed zawodami. – Okazało się, że mój kumpel nie może pobiec i ma do oddania pakiet. Właśnie postanowiłem, że startuję. Mam szansę to zrobić – powiedział.

 

I skończył na Evereście, a nawet wyżej, na szczycie, którego nie ma na naszej planecie, bo ostatecznie zrobił 69 wejść, co dało mu bardzo wysokie 18. miejsce. Szacunek.

 

I tak źle, i tak niedobrze

Co jest najgorsze? Moment, w którym leży się na korytarzu, patrzy w bok i widzi ludzi, którzy motywują się i ruszają na kolejne wyjście. Chce się zrobić to samo i nawet wydaje się, że można, bo nie bolą mięśnie, a z kondycją też jest nadspodziewanie dobrze. Ale nie można, bo żołądek nie pozwala wstać. Właśnie tak wyglądałem między pierwszą a czwartą w nocy. Mogłem tylko patrzeć, jak inni śrubują swój wynik. Gdyby nie fakt, że rok temu „wszedłem na Everest”, byłbym wściekły. A tak czułem po prostu złość, ale jednocześnie cieszyłem się z tego, że kolejne kroczki do osiągnięcia swojego celu stawiają inni. I zadowoliłem się tym, że zrobiłem 46 wejść, czyli wspiąłem się na Denali. Ok, niech będzie, to w końcu najwyższy szczyt Ameryki Północnej.

 

 Autor artykułu, Jakub Radomski, drugi raz uczestniczył w Marriott Everest Run

 

Podczas tego typu imprez kluczową kwestią jest odżywianie, a główny problem polega na tym, że jak się je mało, osłabia się organizm, a jeśli za dużo – żołądek może mieć problem z tym, by wszystko przetrawić. I w tym drugim przypadku, który świetnie poznałem, kiedy leży się, jest w porządku, ale gdy się wstaje i chce ruszyć do góry – wszystko, co się zjadło, lata po całym ciele. I tak źle, i tak niedobrze. Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć.

 

Choć polecam każdemu, by chociaż raz w życiu sprawdził się w tych ekstremalnych warunkach, jestem przekonany, że trzeci raz nie wystartuję w Everest Run. Ale - cholera - rok temu kilka dni po zawodach pisałem identyczne słowa...