Schody do satysfakcji

Marriott Everest Run
 /  fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
26-01-2015 | 13:25

Autor:

Podczas Marriott Everest Run ludzie w kółko pokonywali 42 piętra. Mieli na to 24 godziny. Nie było zwycięzcy, ale wszyscy byli zadowoleni.

Zasady były proste. Każdy zakładał sobie na jaką wysokość chciałby się wspiąć po schodach warszawskiego hotelu Marriott. Wysokości te były najczęściej przyporządkowane do znanych gór. Przyjęto więc, że największe wyzwanie to 8850 metrów, czyli wysokość Mount Everestu. W warszawskich warunkach było to 65-krotne pokonanie 42 pięter. Uczestnicy przedsięwzięcia mieli na to 24 godziny. Każdy jednak wybierał sobie własny cel - niekoniecznie tak ambitny. Dlatego też na starcie w sobotę o 8 rano nie było tłumów. Większość z 200 uczestników dołączała do startujących w ciągu dnia. Największy ruch panował między 11.00, a 14.00. Wtedy też zrobił się korek przy windzie zwożącej uczestników Marriott Everest Run na dół. Organizatorzy w momentach największego tłoku oddawali do dyspozycji także drugą z trzech wind. Choć zabawa nie miała formy rywalizacji, to na starcie stanęło wielu niezłych amatorów biegania. Niektórzy nie potrafili oswoić się z myślą, że to nie jest wyścig. Podbiegali truchtem do windy, a na dole niemal sprintem przemieszczali się do klatki schodowej. Większość jednak traktowała swą obecność w hotelu Marriott jako miłą przygodę.

 

 MARRIOTT EVEREST RUN

 

Jednym z pierwszych, który zakończył swój występ był Adam Doliński. Na jego certyfikacie było potwierdzenie pokonania 546 pięter, co odpowiadało 1774 metrom.

- Biegałem już po ziemi, pod ziemią, w kopalni soli w Bochni, więc teraz postanowiłem się trochę powspinać i zobaczyć jak to jest. W swej amatorskiej karierze zaliczyłem nawet ultramaraton, sto kilometrów na Festiwalu Biegowym w Krynicy Zdroju, ale tutaj przyszedłem dla rozrywki. Widoczny już trochę brzuch nie pozwolił mi forsować tempa. Na klatce schodowej maszerowałem prawa stroną robiąc miejsce dla szybszych ode mnie. Ale taki start, to miła zabawa i wielka satysfakcja - podsumował swój występ na schodach Marriotta Adam Doliński.

Uczestnicy przedsięwzięcia mieli wielu kibiców wśród hotelowych gości. Obrazy z kilku kamer wyświetlane na monitorach pozwalały śledzić na żywo, to co dzieje się na trasie zmagań, w strefach odpoczynku oraz na samej górze budynku. Najwytrwalsi po 7 godzinach wspinaczki mieli na koncie 27 wejść i mocno parli do przodu. Do tego grona nie należał "Pepe" - 35-letni Warszawiak i zupełny amator.

- O tym bieganiu dowiedziałem się w ostatniej chwili. Na Facebooku zobaczyłem, że ktoś rezygnuje i jest wolny pakiet startowy. Za cel postawiłem sobie minimum 15-krotne wejście na górę. To właściwie zakład z moją dziewczyną. Gdyby mi się nie udało musiałbym zmywać gary. Wcześniej nigdy nie wszedłem wyżej na piechotę niż na 13. piętro. Wiem, że dam radę, choć regularnie palę papierosy i nie mam żadnego przygotowania sportowego. Zrobię nawet więcej wejść na górę niż założyłem. Mieszkam blisko Marriotta. Wieczorem pójdę się trochę przespać, wrócę i dalej będę się wspinał - mówił z przekonaniem Pepe, gdy miał na koncie 7 wejść na szczyt hotelu.

Podczas odpoczynku obowiązkowo w internecie sprawdzał wyniki Rajdu Monte Carlo, a dokładniej, poczynania Roberta Kubicy.

- W piątek wygrał 3 odcinki specjalne, w sobotę jeden. Ogrywa Loeba i Ogiera. W ubiegłym roku, to było tylko takie zapoznanie z rajdowymi mistrzostwami świata. Teraz Robert pokaże na co go stać. To dobrze, że wycofał się z teamu fabrycznego i ma swoich ludzi, którzy przygotowują mu samochód. Lepiej na tym wyjdzie - mówi z przekonaniem Pepe.

 

Pepe na Marriott Everest Run

 

Ruszając na trasę, zgodził się na zdjęcie, ale obowiązkowo w czapeczce Saubera, dawnego teamu Roberta Kubicy z F1. Nie chciał jej zdjąć, choć przez to miał zasłoniętą połowę twarzy. - Prawdziwi kibice wiedzą o co chodzi - tłumaczy.

Pepe przeszedł samego siebie. Zaliczył 56 wejść na samą górę Marriotta. Walczył do końca, do 8 rano w niedzielę - 18 godzin i 45 minut non stop (zaczął ok. 13 w sobotę).

- Największy kryzys miałem na początku, po 10 wejściach. Trzeba było się przełamać mentalnie. Potem było już z górki. Nawet nie mam żadnych bólów mięśniowych - mówi 35-letni mieszkaniec stolicy. 

W Marriott Everest Run nie było zwycięzców, ani pokonanych. Wszyscy kończyli zadowoleni i... dopytywali się o kolejną edycję tej imprezy.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~erniUżytkownik anonimowy
~erni :
No photo~erniUżytkownik anonimowy
jeśli maszerowałeś tak jak piszesz prawą stroną klatki schodowej, to tylko przeszkadzałeś szybszym od siebie biegaczom i utrudniałeś im zadanie
29 sty 15 19:06
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~PiolloUżytkownik anonimowy
~Piollo :
No photo~PiolloUżytkownik anonimowy
Brawo Pepe! Mistrz nie tylko w kartingu amatorskim!
29 sty 15 09:07
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~amatorUżytkownik anonimowy
~amator :
No photo~amatorUżytkownik anonimowy
Bardzo fajny skrót wydarzeń.
26 sty 15 05:01
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~Adam DolińskiUżytkownik anonimowy
~Adam Doliński :
No photo~Adam DolińskiUżytkownik anonimowy
Poprawcie z Wieliczki na Bochnię.
Pozdrawiam

25 sty 15 12:50
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza: