Artur Kozłowski przed Półmaratonem Praskim: Czas odkurzyć stary rekord!

zobacz zdjęcia » ARTUR KOZLOWSKI
 fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl
26-08-2017 | 16:59

Autor: Tomasz Łyżwiński

Na początku września w Warszawie dojdzie do ciekawej konfrontacji na dystansie 21,097 km. Mistrz Polski w maratonie Artur Kozłowski zmierzy się z mistrzem kraju na 10 km Marcinem Chabowskim. – Miejsce jest dla mnie mniej ważne, bardziej liczy się wynik – mówi Kozłowski.

Tomasz Łyżwiński: Co skłoniło pana, by w swoim kalendarzu uwzględnić datę 2 września i start w BMW Półmaratonie Praskim? W poprzednich edycjach – choć zawsze była niezła obsada – pana brakowało...

Artur Kozłowski: Właściwie co roku dostawałem zaproszenia do występu na przełomie sierpnia i września w Warszawie, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. W ubiegłym roku były to igrzyska olimpijskie. W tym sezonie wreszcie udało się wszystko dobrze poukładać. Termin idealnie mi pasuje, bo będzie to 8 tygodni przed moim startem maratońskim we Frankfurcie, a więc świetny moment na sprawdzian formy. Organizatorzy tego biegu zawsze dbali o mocną obsadę, więc nie mam wątpliwości, że będzie się z kim pościgać.

Warszawa to dla pana szczęśliwe miasto. Tylko w ostatnim czasie sięgał pan w stolicy po tytuł mistrza kraju w biegu na 5 km, czy dwukrotnie stawał na podium Orlen Warsaw Maratonu, zdobywając przy okazji złote medale mistrzostw Polski...

Artur Kozłowski: Liczę, że będzie podobnie podczas BMW Półmaratonu Praskiego. Mniej ważne jest nawet miejsce jakie zajmę, a bardziej liczy się wynik. Warunki do szybkiego biegania powinny być bardzo dobre. We wcześniejszych edycjach zdarzało się, że upał mocno wpływał na rezultaty. Teraz nie powinno być tego problemu, bo przesunięcie startu półmaratonu na godziny wieczorne (20.30-red.), to doskonały pomysł. Nie tylko będzie chłodniej, ale też jest większa szansa, że wiatr nie będzie przeszkadzał biegaczom.

 


 Artur Kozłowski ma bardzo ambitne plany na drugą część sezonu. Pierwszy punkt – to udany występ w BMW Półmaratonie Praskim.

 

Ten półmaratoński start, to będzie świetna okazja do rewanżu za niedawne mistrzostwa Polski w biegu na 10 km. W Gdańsku musiał pan uznać wyższość Marcina Chabowskiego, który już także ma na koncie triumf w BMW Półmaratonie Praskim...

Artur Kozłowski: Rywalizacja powinna być ciekawa, chociaż obaj jesteśmy na nieco innym etapie przygotowań. Marcin swój maraton biegnie w połowie października w Poznaniu, a ja dopiero 2 tygodnie później. Mogę jednak już obiecać, że będę walczył do upadłego.

Jaki wynik będzie pana satysfakcjonował?

Artur Kozłowski: Dobrze byłoby poprawić moje najlepsze osiągnięcie na tym dystansie. Wynik 1:03.36 uzyskałem dawno temu, bo w 2009 roku w Berlinie. Czas odkurzyć już ten starty rekord. Założenia wynikowe są bardzo ambitne. Kenijski pacemaker ma poprowadzić pierwsze 10 kilometrów w tempie poniżej 30 minut. Jeśli tylko warunki atmosferyczne będą sprzyjające, to trudno będzie sobie wymarzyć lepsze okoliczności do uzyskiwania dobrych rezultatów.

Po występie w BMW Półmaratonie Praskim czeka pana jeszcze najważniejszy start jesieni – maraton we Frankfurcie. Czy koniec października, to nie za późna pora na szybkie bieganie na tym dystansie?

Artur Kozłowski: Termin został wybrany świadomie. Po pierwsze, zrobiłem sobie dłuższy odpoczynek po wiosennym maratonie w Warszawie i nie chciałem potem szybko gonić z przygotowaniami do jesiennego występu, bo to często się źle kończy. Po drugie, koniec października to większa gwarancja dobrych warunków pogodowych. Wtedy może być wręcz chłodno, ale ja wolę biegać nawet jak jest np. 5 stopni Celsjusza niż 20. Przypomnę tylko, że kiedy Henryk Szost w Otsu bił rekord Polski w maratonie, to było właśnie tylko kilka stopni powyżej zera i do tego padał deszcz. Po trzecie we Frankfurcie będzie mocna stawka biegaczy na poziomie, który bardzo mi odpowiada. Znajdą się w niej m.in. Szost oraz Yared Shegumo, a pacemakerzy mają dyktować tempo na wynik około 2 godziny i 10 minut. Poza tym niemiecki maraton ma świetną płaską trasę. Znajdują się tam 2 podbiegi, które w rzeczywistości są łukami mostu. W Polsce, nawet niezłe trasy, mają jakieś pagórki na których traci się po 5-10 sekund. To niby niewiele, ale w całym maratonie to mocno rzutuje na wynik.